Isuzu D-Max 2,5 TD LSX Double Cab - do... wszystkiego - NaMasce

Isuzu D-Max 2,5 TD LSX Double Cab – do… wszystkiego

2

W Stanach Zjednoczonych najlepiej sprzedającym się autem jest pick-up. To oczywiście nikogo nie powinno dziwić, bowiem Amerykanie są zwolennikami wszystkiego, co jest za duże. Europejczycy mają zupełnie inną mentalność, dlatego tego typu konstrukcje nie należą u nas do najpopularniejszych. To jednak nie oznacza, że nie mają nic do zaoferowania. Dowodem takiego stanu rzeczy jest bez wątpienia Isuzu D-Max 2,5 TD.

Karoseria
Poprzednia generacja tego modelu nie zdobyła naszego rynku. Dlaczego? Jedną z podstawowych przyczyn był brak wyrazistości. Obecny D-Max to na szczęście zupełnie inna szkoła designu. Przednia część karoserii prezentuje się nie tylko masywnie, ale również elegancko. Wszystko za sprawą łagodnie narysowanych reflektorów z ciemnym wypełnieniem i chromowanego grilla o rozmiarze deski snowboardowej. Nie zabrakło również srebrnych wstawek na progach, lusterkach, tylnym zderzaku i klamkach. Te akcenty sprawiają, że na Isuzu zwraca się uwagę nie tylko ze względu na gabaryty. Do testu otrzymałem wersję z „kwadratową” zabudową przestrzeni załadunkowej. Nie lubię tego typu rozwiązań, bo często wyglądają jak doklejone na siłę. W tym przypadku tragedii jednak nie ma, ponieważ nakładka ma dużą powierzchnię przeszkloną, co całkiem nieźle wpisuje się w całą sylwetkę.

 

Wnętrze
Kabina Isuzu jest największym zaskoczeniem. Głównie za sprawą kokpitu, który wcale nie przypomina japońskich wołów roboczych. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest naprawdę ładny. Nie ma tu wielkich, kwadratowych elementów, szorstkich materiałów czy pokręteł rodem z PRL. Całość została zaprojektowana w taki sposób, że nie raziłaby nawet zwykłym samochodzie osobowym. Oczywiście plastiki są twarde, ale miłe w dotyku i nieźle spasowane. Poza tym konsola centralna jest ergonomiczna i czytelna zarazem. Taką samą charakterystykę mają zegary, do których również trudno się przyczepić.

 

Przednie fotele mają duży zakres regulacji i odpowiednią wielkość, ale brakuje im lepszego wyprofilowania, które skuteczniej podpierałoby ciało. Oczywiście trzeba zaakceptować wysoką pozycję za kierownicą, która jest cechą charakterystyczną kabin pick-upów. Na tylnej kanapie jest natomiast wygodniej niż mogłoby się wydawać. Przede wszystkim nie brakuje miejsca ani na nogi, ani na głowy. Przydałoby się jedynie nieco bardziej pochylone oparcie.

 

Najważniejszą częścią nadwozia Isuzu jest oczywiście „paka” o dość dużych możliwościach. Ma ona 1552 mm długości, 1530 mm szerokości i 465 mm wysokości, co plasuje ją w samej czołówce swojej klasy. Jej ładowność to aż 1055 kg – przewóz ciężkich „bagaży” nie stanowi więc żadnego problemu.

 

Technika
Pod maską testowanego egzemplarza znalazł się turbodiesel o pojemności 2,5 litra i mocy 163 KM. Współpracuje on z sześciobiegowym „manualem”. Oczywiście auto wyposażone jest w napęd na cztery koła i reduktor, które są niezbędne do sprawnego poruszania się poza asfaltem. Sprint do setki trwa 12,8 sekundy, natomiast prędkość maksymalna wynosi 180 km/h. W praktyce D-Max naprawdę sprawnie przyspiesza i nie brakuje mu wigoru nawet na niższych obrotach. Prawie 2 tony masy własnej sprawiają, że Isuzu nie jest mistrzem oszczędzania. Warto jednak zaznaczyć, że można się zmieścić w 9 litrach w cyklu mieszanym.

 

Auto oparte jest na wzmocnionej ramie. Jeśli chodzi o zawieszenie, z przodu znajdują się podwójne wahacze, z tyłu zaś resory piórowe – to najpopularniejsze rozwiązanie w pick-upach. Do tego wszystkiego dochodzi duży prześwit i ogromne opony, przy których 17-calowe felgi wyglądają jak małe talerzyki spod filiżanek.

 

Wrażenia z jazdy
Zacznę od naturalnego środowiska D-Maxa, czyli… miejsc, gdzie asfalt nie dotarł. Właśnie tam pick-up spisuje się najlepiej. Pokonywać zbocze w poprzek można przy imponujących 49 stopniach, kąt natarcia wynosi 30 stopni, a głębokość brodzenia 95 centymetrów – te wartości mówią same za siebie. To wszystko sprawia, że Isuzu wjedzie wszędzie tam, gdzie się… zmieści.

 

W trasie auto sprawdza się całkiem przyzwoicie. Silnik, któremu mocy nie brakuje, zachowuje się w miarę kulturalnie i jego praca nie przeszkadza w kabinie. Masa własna pojazdu sprawia natomiast, że nawet silne podmuchy wiatru nie są specjalnym problemem. W mieście sytuacja jest nieco inna. D-Max czuje się tam niczym ryba w… puszce. Pokaźne gabaryty uniemożliwiają zwinne przemieszczanie się po zatłoczonych parkingach, jednakże tym autem można przecież zaparkować tam, gdzie inni nie wjadą. Klasyczne zawieszenie połączone z wielkimi oponami pozwala na bezstresową jazdę po polskich dziurach. Praktycznie żadne nierówności nie są w stanie zepsuć humoru podróżnych. Oczywiście gwałtowne manewrowanie może wywołać bujanie, ale taki już urok pick-upów. Warto jednak zaznaczyć, iż układ kierowniczy jest całkiem niezły i nie trzeba zbyt długo czekać na reakcję samochodu.

 

Okiem przedsiębiorcy
Testowany egzemplarz kosztuje 137 146 zł. Nie jest to mało, ale mamy do czynienia z topową wersją, na pokładzie której znalazła się nawet skórzana tapicerka. Podstawowy wariant z pojedynczą kabiną to wydatek 94 649 zł. Trzeba jednak pamiętać, że od ceny można odliczyć podatek VAT, co znacznie uatrakcyjnia ofertę.

 

Do kogo kierowany jest ten samochód? Grup docelowych może być wiele. Pierwszą stanowią przedsiębiorcy, którzy potrzebują samochodu do ciężkiej pracy. Drugą mogą tworzyć osoby, które chcą dużego samochodu umożliwiającego bezproblemowy dojazd do własnego domu znajdującego się wysoko w górach. Do trzeciej mogą natomiast należeć wszyscy, którym po prostu ten samochód się podoba – jak pokazuje dzisiejszy obraz motoryzacyjny, jest ich naprawdę sporo.

 

Podstawowa gwarancja na ten model wynosi 5 lat lub 150 000 km. Ochrona na lakier i perforację nadwozia wynosi z kolei 6 lat. Pierwszy przegląd wyznaczony jest po 10 tysiącach kilometrów, a każdy następny wykonuje się co 20 tysięcy.

 

Podsumowanie
Isuzu D-Max 2,5 TD LSX Double Cab jest wyjątkowo niedocenionym pick-upem. Powodem takiego stanu rzeczy jest mała popularność marki w Polsce. To jednak nie zmienia faktu, że to jeden z najlepszych samochodów tego typu. Jeśli więc komuś nie zależy na znanym znaczku producenta, warto zdecydować się na ten model.

 

Tekst i zdjęcia: Wojciech Krzemiński

 

 

Udostępnij.

O autorze

Rafał Łakus

2 komentarze

  1. fajny, nie wygląda na toporny a raczej na zwinny. Trochę sobie poczytałem o tej marce i podobają mi się parametry, może jak trochę biznes się rozkręci pomyślimy o takim pickupie?

  2. w tej chwili d-max jest dla mnie zdecydowanie najlepszą propozycją na rynku w Polsce – 5 letnia gwarancja, komfort, ekonomia, niezłe prowadzenie i jednocześnie bardzo rozsądna cena w stosunku do wyposażenia w standardzie

Skomentuj artykuł