„Atlantyda; Sto tysięcy patyków” – relacja oraz wywiad z Krzysztofem Pileckim

0

Szóstego lutego, w Galerii Katowice ZPAF odbył się wernisaż wystawy Krzysztofa Pileckiego „ATLANTYDA; STO TYSIĘCY PATYKÓW”. Specjalnie dla czytelników NaMasce.pl prezentujemy relację z imprezy oraz wywiad z fotografem.

 

Wystawa składa się z dwóch integralnych części: „Atlantydy”, czyli próby udokumentowania znikającego przemysłowego Śląska, oraz „Stu tysięcy patyków”. Prace zostały wykonane metodą van Dyke.

 

Na wernisaż, który odbył się w Galerii Katowice ZPAF, przybyła bardzo duża ilość gości. W trakcie uroczystego otwarcia wystawy uczestnicy mieli możliwość wygrania odbitki jednej prezentowanych z prac. Szerzej o wystawie pisaliśmy tutaj.

 

Zapraszamy do lektury rozmowy z Krzysztofem Pileckim.

 

Kamil Myszkowski: Jak się zaczęła Pana przygoda z fotografią?
Krzysztof Pilecki: Było to dawno temu. Dostałem od ojca mały aparat fotograficzny w celu dokumentowania tego co się dzieje w domu, zdjęć rodzinnych, ale bardzo mało ich robiłem.

 

KM: Jaki był zamysł dzisiejszej wystawy?
KP: Wystawa właściwie w tej formie nigdy by nie powstała, gdyby nie to, że rok temu dzięki Kubie Byrczkowi, odkryłem ponownie raz już odkrytą technikę. Ona mnie zafascynowała, ponieważ dawała bardzo ciekawy, wierny obraz w tonacji czarno-brązowej, czyli bliskiej fotografii czarno-białej, którą zawsze bardzo lubiłem i lubię nadal. Natomiast sam temat powstał w trakcie fotografowania. Podczas jeżdżenia po najbliższych okolicach i fotografowania stwierdziłem, że tych miejsc, które chciałem pokazać nie ma, że one toną wśród chaszczy. Przyroda w naszym regionie wróciła bardzo szybko na miejsce, które jej zabrano. Stwierdziłem, że nie ma już ludzi, nie ma wież wyciągowych, wież ciśnień, kominów, osiedli, domów, mostów, które chciałem sfotografować. Ta wystawa jest więc podróżą sentymentalną po miejscach, z którymi byłem emocjonalnie związany, a których właściwie już nie ma.

 

KM: Czyli ta wystawa to jakiś sposób udokumentowania tego co przemija?
KP: Ja myślę, że to jest nawiązanie do tego co przemija. Coś przeminęło, czegoś nie ma. Myślę, że coś, co zostało wynalezione w XIX wieku, czyli ta technika zwana van Dyke, najbardziej pasowała do przemijającego tematu. Spróbowałem jeszcze raz poruszyć temat Śląska, oraz wszystkiego co jest z nim związane.

 

KM: Proszę w takim razie powiedzieć coś o samej technice, na czym ona polega?
KP: Zdjęcia były przeze mnie wykonywane kamerą otworkową, chociaż część z nich jest wykonana z negatywów przygotowanych specjalnie w tym samym stylu. Technika zwana jest van Dyke, emulsja nakładana jest ręcznie na papierze, który znalazłem na drodze eksperymentów, poszukiwań w laboratorium. Nie każdy papier się do tego nadaje. Emulsja składa się z trzech odczynników: cytrynianu żelazowo-amonowego, azotanu srebra i kwasu winowego, wymieszanych w odpowiednich proporcjach. Nakładana jest pędzlem na papierze. Po wyschnięciu odbitka wykonywana jest stykowo w świetle dziennym.

 

KM: Czy ucieczka w zapomniane techniki jest sprzeciwem wobec masowości fotografii cyfrowej?
KP: W pewnym momencie fotografii cyfrowej można mieć dość. Jesteśmy zalewani taką ilością perfekcyjnego obrazu, że ucieczka jest próbą obrony. Zawsze lubiłem technikę negatyw-pozytyw. Praca na negatywie w ciemni lub laboratorium, to coś wspaniałego. Zawsze to lubiłem, ponieważ jest to odskocznia. Coś co mnie wycisza, uspokaja, pozwala przyjrzeć się fotografii i temu co się wokół nas dzieje w inny sposób. Podczas otwarcia wystawy nie użyłem ani razu słowa „Śląsk”, ale moja fotografia dotyczy głównie tego regionu przemysłowego, gdzie był przemysł, mieszkali i nadal mieszkają ludzie, a także tego co z niego zostało.

 

KM: Na koniec proszę powiedzieć jakie są Pana plany na przyszłość?
KP: Sam nie wiem, może wrócę na chwilę do fotografii cyfrowej. Myślę, że nie odejdę od tej techniki, którą prezentuję dzisiaj. Będzie to na pewno kopiowanie negatywów w takiej technice, lub podobnej, ale już nie otworek.

 

Autor: Kamil Myszkowski

 

 

Udostępnij.

O autorze

Skomentuj artykuł