Bentley Flying Spur 6.0 W12 First Edition - Gdy możesz wszystko... | NaMasce

Bentley Flying Spur 6.0 W12 First Edition – Gdy możesz wszystko…

1

Premium – to słowo staje się coraz modniejsze. Już niemal każda marka stara się pokazać, że jej samochody aspirują bądź należą do tej klasy. W takich okolicznościach podkreśla się jakość wykonania, poziom wyposażenia oraz wzmocniony wizerunek. Chwyty marketingowe? W znacznym stopniu. Istnieją jednak producenci, którzy sięgają tam, skąd tak przedstawiane auta mogą dostać jedynie pocztówkę. W grę wchodzi bowiem prawdziwy luksus, oferowany przez tych najbardziej wyjątkowych graczy. Przykład? A i owszem, Bentley Flying Spur.

Karoseria
Wielkość, po prostu. Z jednej strony to metafora, a z drugiej – rzeczywistość. Prezentowana limuzyna ma ponad 5,3 metra długości i niemal 2,2 metra szerokości (bez lusterek). To sprawia, że jej naturalnym środowiskiem nie jest parking pod hipermarketem, tylko dedykowane miejsce w sąsiedztwie pałacu. Już pierwszy rzut oka zdradza, że mamy do czynienia z samochodem o co najmniej rozmiar większym, niż to, co zazwyczaj widzimy na polskich drogach.

Charakterystyczny pas przedni z okrągłymi reflektorami i ogromnym grillem robi kolosalne wrażenie. To samo dotyczy ogromnej maski, którą zdobi automatycznie wysuwane i podświetlane logo. Coś pięknego. Profil emanuje natomiast muskularnością, co jest zasługą wyraźnie zaznaczonych błotników. Z kolei tylna część karoserii to łagodnie narysowane lampy, szeroka klapa, masywny zderzak i zgrabnie wkomponowane końcówki układu wydechowego. Gdzie by nie spojrzeć, tam znajdziemy chrom. Projektanci podali go jednak w taki sposób, że można mówić o elegancji, a nie o przesadzie. Warte uwagi są także felgi – wieloramienny wzór tworzy idealną harmonię z tą sylwetką.

Wnętrze
Równie wiele, a może jeszcze więcej dzieje się w kabinie. Przed wejściem witają nas progi „First Edition”, które oznaczają limitowaną serię startową. A teraz spójrzcie na ten kokpit – już na zdjęciach wygląda na ogromny. I to nie jest złudzenie… Zegary są oczywiście cyfrowe i można je personalizować w zgodzie z własnymi oczekiwaniami. Wszelkie wskazania są czytelne i podawane we właściwym miejscu. Tuż obok, na szczycie konsoli centralnej zagościł dotykowy ekran multimedialny, który po zgaszeniu/odpaleniu obraca się o 180 stopni. Trzeba przyznać, że wygląda to bardzo efektownie. Jego interfejs, mimo mnogości funkcji, nie wymaga studiowania instrukcji. Poza tym, działa szybko i nie zdarza mu się „przycinanie”.

Cieszy także zachowanie dozy „analogowości”. Zastosowano tu wiele fizycznych przycisków i pokręteł, które bardzo pomagają w obsłudze. Najwięcej z nich znajdziemy na tunelu środkowym, gdzie zagościły między innymi panele klimatyzacji i dźwignia automatu. Nie sposób pominąć również wątku związanego z dbałością o detale. Tu naprawdę nie było mowy o jakimkolwiek, nawet najmniejszym kompromisie. Staranne przeszycia, skóra najwyższej jakości, aluminium i drewno – klasyka gatunku w najlepszym wydaniu. Nawet dźwignie umieszczone za kierownicą (swoją drogą, bardzo dobrze leżącą w dłoniach), prezentują się unikatowo. Nie zabrakło nawet flagi z „jedynką” (symbolizującą prezentowaną wersję) oraz paneli drzwiowych wykonanych w technologii 3D. I to jest właśnie luksusowy sznyt.

Idźmy dalej – fotele. Trudno wyobrazić sobie większe możliwości regulacyjne, dlatego nie będę Wam przynudzał, co się przesuwa, a co pochyla, bo tu wszystko można dostosować do skrajnie różnych sylwetek. Użytkownicy mogą oczywiście liczyć na podgrzewanie, wentylowanie, masaż i pamięć ustawień. Projektanci poszli o estetyczny krok dalej i dorzucili wyhaftowane logo. W normalnych osobówkach drugi rząd jest gorszy od pierwszego, ale Flying Spur to limuzyna. A to zmienia postać rzeczy. Tutaj także wygospodarowano dwa indywidualne fotele z szerokimi możliwościami ustawiania i wszelkimi dobrodziejstwami. Ponadto, pasażerowie mają do dyspozycji osobny ekran multimedialny (z możliwością wyjmowania), też dotykowy, za pośrednictwem którego mogą skorzystać z wielu funkcji oferowanych na pokładzie. O przestrzeni nawet nie wspominam – prawie 3,2 metra rozstawu osi mówi samo za siebie. Pragnę zwrócić uwagę również na zagłówki. Bardzo często zapominamy o tym, jak bardzo ważny element stanowią. Na szczęście ich autorzy stworzyli konstrukcje, które śmiało mogę nazywać najlepszymi w swojej kategorii. Ukłony, Bentleyu.

Gwoli ścisłości, kilka słów o bagażniku. Mimo słusznych rozmiarów nadwozia, nie jest on rekordowy. Ma 420 litrów pojemności i to musi wystarczyć Panu Prezesowi. Kształty kufra nie są może idealne, ale za to otwór załadunkowy (jak na sedana) jest dość duży, dlatego wkładanie większych walizek nie stanowi najmniejszego problemu. Na uznanie zasługuje także wykończenie – nawet w takim miejscu nie pozwolono sobie choćby na najmniejsze oszczędności.

Technologia
Downsizing? Nie, dziękuję. Tak długa maska nie może skrywać małolitrażowego silnika z turbin(k)ą o wielkości suszarki. Mieszka pod nią prawdziwe dzieło sztuki motoryzacyjnej: 6-litrowe W12, które generuje 635 KM i 900 Nm. Tak, 635 KM i 900 Nm. Ten ogromny potencjał przenoszony jest na obie osie dzięki uprzejmości 8-biegowej przekładni automatycznej. Czy jednak waga na poziomie 2,5 tony nie przyćmi tych wartości? Jasne, że nie. Wciśnięcie gazu w podłogę zaowocuje osiągnięciem setki w zaledwie 3,8 sekundy. Wskazówka prędkościomierza kończy swą podróż dopiero przy 333 km/h. Czy widzieliście kiedyś szybszy pałac? No właśnie. Warto też wspomnieć o apetycie. Wiem, wiem, potencjalny nabywca nie ekscytuje się zniżką o 10 groszy na stacji paliw, ale z pewnością cieszyć go będzie akceptowalny zasięg. W cyklu mieszanym udało się uzyskać 16 litrów na setkę. Niemal 600 km na jednym tankowaniu to dobry rezultat, tym bardziej że nie próbowałem być przesadnie ekonomiczny…

Co jeszcze skrywa Flying Spur? Zawieszenie trójkomorowe z naprawdę dużym zakresem regulacyjnym, adaptacyjne amortyzatory i aktywne stabilizatory. Tak, brzmi drogo, ale też skutecznie (o czym za chwilę). Zastosowano tu również tylną oś skrętną. Jak możecie się domyślać, jest też mnóstwo asystentów i systemów, które wspierają podróżnych oraz potrafią reagować w niebezpiecznych sytuacjach.

Wrażenia z jazdy
Wspomniałem o prezesie w drugim rzędzie… Czy jednak nie powinien on siedzieć za kierownicą? Tak, można mieć dylemat. Mimo 2,5 tony masy własnej, testowana limuzyna potrafi zaskoczyć jakością prowadzenia. Naprawdę precyzyjny układ kierowniczy i wyżej wymienione elementy konstrukcyjne „zawiasu” sprawiają, że auto błyskawicznie reaguje na zmiany kierunku jazdy. Nie ma też mowy o przesadnych przechyłach nadwozia – wszystko trzymane jest w ryzach. I to jedno z największych zaskoczeń, jakich można doświadczyć w tym samochodzie. Nie znam drugiego pojazdu „w tej wadze”, który tak skutecznie przeciwstawia się fizyce. Serio.

Sport i luksus? Zdecydowanie tak. Wygoda jazdy stoi na najwyższym poziomie. Wszystkie nierówności pokonywane są w sposób płynny, wręcz dostojny. Praca podzespołów jest praktycznie niesłyszalna. To też zasługa genialnego wyciszenia, które umożliwia konwersację przy każdej możliwej do osiągnięcia prędkości. I tu należy wspomnieć o odseparowaniu od świata zewnętrznego. Można odnieść wrażenie, że po drugiej stronie szyby nie dzieje się nic. To pozwala na uzyskanie pełnego spokoju, a co to dziś coraz rzadsze zjawisko, tym bardziej za kierownicą… Rozpieszczać mogą także dodatki, wśród których znajdziemy zestaw audio złożony z 19 głośników.

Brzmienie W12 jest bardzo stonowane – do pewnej granicy. Benzynowy 6-litrowiec ma basowy, nienarzucający się pomruk, ale na wyższych obrotach budzi się do życia symfonia, którą trudno byłoby podrobić. Ogromne stado koni sprawia, że kierowca może się poczuć jak w luksusowej katapulcie. Wiem, brzmi dziwnie, ale takie osiągi w pałacu na czterech kołach po prostu imponują. Co ważne, napęd świetnie sobie radzi z przenoszeniem mocy na asfalt. Co prawda skrzynia, przy nieco bardziej dynamicznej jeździe, potrafi szarpnąć, ale trudno się dziwić – moment robi swoje.

Okiem przedsiębiorcy
Czas na największe liczby. Długo zastanawiałem się, czy niemal 1 200 000 zł (bez opcji) to cena, którą należy uznać za adekwatną. I wiecie co? Doszedłem do kontrowersyjnego wniosku. Uważam, że Flying Spur mógłby kosztować więcej. Dlaczego? Zajrzałem do konfiguratorów marek premium. Ich flagowe modele w topowych wersjach z dodatkami bardzo często kosztują ponad milion złotych. I choćby nie wiem co, żaden z nich Bentleyem nie zostanie. Biorąc pod uwagę tak duże wartości, możemy stwierdzić bez najmniejszych wątpliwości, że w tym przypadku dopłata do wizerunku jest stosunkowo niewielka. I można ją w pełni uzasadnić.

Podsumowanie
Na szczycie gamy Bentleya znajduje się Mulsanne – limuzyna, której nie wypada prowadzić samemu, (jeżeli jest się jej posiadaczem, rzecz jasna). Flying Spur to jednak inna historia. Ma w sobie geny sportowca i nie jest to zasługa jedynie zespołu napędowego. Oferuje przy tym wyjątkowy komfort, dlatego potrafi wywołać taki sam uśmiech zarówno w pierwszym, jak i drugim rzędzie. I w tym tkwi jego siła.

Tekst i zdjęcia: Wojciech Krzemiński

9.8 9.8

Na szczycie gamy Bentleya znajduje się Mulsanne - limuzyna, której nie wypada prowadzić samemu, (jeżeli jest się jej posiadaczem, rzecz jasna). Flying Spur to jednak inna historia. Ma w sobie geny sportowca i nie jest to zasługa jedynie zespołu napędowego. Oferuje przy tym wyjątkowy komfort, dlatego potrafi wywołać taki sam uśmiech zarówno w pierwszym, jak i drugim rzędzie. I w tym tkwi jego siła.

  • 9.8
Udostępnij.

O autorze

Wojciech Krzemiński

1 komentarz

Skomentuj artykuł