Fotoreporterskie zbiegi okoliczności – wywiad z Arkadiuszem Ławrywiańcem - NaMasce

Fotoreporterskie zbiegi okoliczności – wywiad z Arkadiuszem Ławrywiańcem

0

W życiu fotografa prasowego szczęście zawsze gra dużą rolę – podkreśla Arkadiusz Ławrywianiec fotoreporter Dziennika Zachodniego, który podczas wywiadu zdradził kilka szczegółów swojej pracy. Jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików, nie ogranicza się wyłącznie do pracy reporterskiej, w maju w Galerii Katowice premierowo zobaczymy jego wystawę „Blisko nas” o społeczności żydowskiej. 

 

Kamil Myszkowski: Proszę opowiedzieć o swoich fotograficznych początkach.

 

Arkadiusz Ławrywianiec: Wszystko zaczęło się w roku 1979, kiedy od mojej mamy dostałem pierwszy aparat – smienę 8m. Jechałem akurat na rajd harcerski. To był zupełny początek. Natomiast poważne rozpoczęcie przygody z fotografią przypadło na rok 1986 kiedy to pożyczyłem od kolegi cały sprzęt ciemniowy, kupiłem papier, chemikalia i podjąłem pierwsze próby samodzielnego wywoływania filmów oraz wykonywania odbitek. To był dla mnie przełomowy moment, ponieważ zacząłem wtedy robić wszystko sam, bez korzystania z usług zakładów fotograficznych.

 

KM: Był Pan samoukiem, czy ktoś Pana uczył fotografii?

 

AŁ: Na początku uczyłem się wszystkiego sam, czytałem możliwie jak najwięcej książek, które mogłem znaleźć w księgarniach i w bibliotekach. Później, w czasie studiów, spotkałem kolegę, który też fotografował i wspólnie postanowiliśmy chodzić do Wojewódzkiego Domu Kultury w Opolu, gdzie pod okiem instruktora chcieliśmy podwyższyć nasz poziom. Dawaliśmy swoje zdjęcia do oceny, słuchaliśmy cennych uwag o błędach, które z czasem eliminowaliśmy.

 

KM: Kiedy postanowił Pan związać swoje życie z fotografią prasową?

 

AŁ: Fotografia prasowa przyszła mi do głowy praktycznie pod koniec studiów. Wtedy postanowiłem, że chcę żyć z fotografii. Nie wiedziałem, czy uda mi się to z fotografią prasową, bo to było wtedy dość trudne. Odwiedziłem wszystkie redakcje w Opolu i jedynie w Gazecie Opolskiej zaproponowano mi współpracę. Otwarcie powiedzieli, że mają fotografa na etacie, ale ze względu na dużą ilość tematów chętnie podejmą z kimś współpracę. Swoim sposobem działania i upartością przekonałem ich szybko do siebie. Redakcja dawała mi wolną rękę, podobał im się mój sposób patrzenia. Następnie zacząłem współpracować z redakcją Dziennika Zachodniego w Opolu, a po roku zaproponowano mi pracę w Katowickiej redakcji DZ i tak jest do dzisiaj.

 

KM: Jest Pan znany z dużego projektu o społeczności żydowskiej, nad którym ciągle Pan pracuje.

 

AŁ: Precyzując, znany jest mój dokument o Chasydach, który robię od 2001 roku. Są to Żydzi ortodoksyjni, którzy przyjeżdżają do Lelowa. Natomiast teraz pracuję nad cyklem o społeczności żydowskiej, który w maju br. będzie pokazany w Galerii Katowice Związku Polskich Artystów Fotografików.

 

KM: Skąd u Pana fascynacja tym tematem?

 

AŁ: W dziale foto Dziennika Zachodniego mieliśmy takie umowne spotkania czwartkowe, raz w miesiącu, na których pokazywaliśmy sobie ciekawe zdjęcia, nie mające bezpośredniego związku z gazetą, coś w co wkładamy jeszcze więcej energii, co wymaga głębszych poszukiwań. Na jednym z takich spotkań w 2000 roku Roman Koszowski przyniósł zdjęcia Chasydów z Lelowa. Oglądając te niezwykłe fotografie stwierdziłem, że pokazuje mi zupełnie inny świat. Temat wydał mi się niesamowicie interesujący. W 2001 pojechałem do Lelowa po raz pierwszy, na wizytę Chasydów, lecz się spóźniłem o dwa dni. Ale obejrzałem miasteczko, porozmawiałem z ludźmi, zaczerpnąłem trochę informacji. Od 2002 roku fotografuję pobyt Chasydów w Lelowie. Zazwyczaj towarzyszę im dwa, trzy dni w roku, więc czułem pewien niedosyt w pogłębieniu tematu. W związku z tym w 2010 roku zdecydowałem rozwinąć temat Żydów. Postanowiłem fotografować Żydów takich, którzy żyją i mieszkają w Katowicach, Bytomiu, Gliwicach, Sosnowcu.

 

KM: Obecny temat wynika więc z zainteresowania Chasydami.

 

AŁ: To jest rozwinięcie tematu. Czytając o świętach i obyczajach żydowskich, stwierdziłem, że nie jestem tego wszystkiego w stanie pokazać przez pryzmat Chasydów. Postanowiłem ten temat ugryźć z drugiej strony. Trafiłem akurat na dobry moment, kiedy w katowickiej Gminie Wyznaniowej Żydowskiej pojawił się nowy rabin Jehoshua Ellis, który był bardzo otwarty na kontakty. Od tej pory rozpocząłem dokumentowanie życia codziennego Żydów w Katowicach i okolicznych miastach.

 

KM: Jak to jest z otwartością tej dosyć hermetycznej grupy? Darzą Pana na tyle dużym zaufaniem, aby dać się sfotografować?

 

AŁ: Obecnie trwa czwarty rok od rozpoczęcia mojej pracy nad tym tematem, a część osób dopiero teraz obdarza mnie zaufaniem. Niektóre osoby obserwowały mnie i pytały, po co robię te zdjęcia, po co mi one. Temat nie jest skończony, nadal chcę nad nim pracować. Jestem jednak na takim etapie, że chcę pokazać to, co do tej pory udało mi się zrobić.

 

KM: Czy po tylu latach pracy i przekonywania do siebie Żydów może Pan powiedzieć, że teraz może Pan zrobić każde zdjęcie?

 

AŁ: Nie, nie zrobię każdego zdjęcia. Jest wiele sytuacji, których z wielkim ubolewaniem nie mogę sfotografować. Są to na przykład niektóre święta. Umówiłem się z rabinem, że gdy jest czas świąteczny nie będę fotografował i uszanuję panujące zasady.

 

KM: Kolejnym dużym tematem w Pana pracy są portrety artystów, czy w tego typu fotografii jest jakiś dreszczyk emocji?

 

AŁ: Dreszczyk emocji, pewnie tak. Ten cykl jest dla mnie o tyle istotny, że zdjęcia pochodzą tylko z pracowni twórcy. Bycie z artystą sam na sam w przestrzeni, w której on tworzy, wymaga ode mnie umiejętności przełamywania barier i zdobycia zaufania. W końcu to jest intymne terytorium. Chcę przede wszystkim, aby artysta przestał zauważać moją obecność, a na zdjęciu wydobyć ten moment, w którym dana osoba przestaje przede mną grać.

 

KM: Artysta przemawia swoimi dziełami, Pan natomiast chce pokazać człowieka, jego charakter, jak to zrobić?

 

AŁ: Interesuje mnie osoba w przestrzeni pracowni. Dla mnie nie jest istotny sam proces pracy, artysta może odpoczywać pić kawę, herbatę czy wino, ale jak będzie pracował, to będzie bardzo miło. Zdjęcia do tego cyklu nigdy nie powstają podczas jednej wizyty.

 

KM: Zostając przy temacie sztuki, czy fotografia prasowa według Pana jest sztuką, czy rzemiosłem?

 

AŁ: Dzisiaj fotografia prasowa schodzi typowo do rzemiosła, nawet czasami słowo rzemiosło to zbyt dużo, bo niesie ono w sobie pewną wartość. Obecnie trwa wyścig o pozyskanie jak największej ilości tematów. Gazeta rządzi się jeszcze swoimi prawami, ale jest jeszcze internet, który z jednej strony jest błogosławieństwem, a z drugiej przekleństwem. Gdy mam dobre zdjęcie, to świetnie, że mogę od razu je zamieścić na stronie internetowej i pokazać całemu światu, ale przekleństwem jest to, że trzeba tam publikować bardzo dużo zdjęć. Nie mamy co chwilę ciekawych tematów, które możemy pokazać, więc czasami fotografuje się sprawy błahe, inwestując w to wiele czasu i energii.

 

KM: Wykonał Pan mnóstwo zdjęć, dokumentował liczne wydarzenia, czy istnieje jakiś moment, który najmocniej podczas pracy fotoreportera zapadł Panu w pamięci?

 

AŁ: Takich sytuacji w życiu trochę było. Ale dla mnie taka nietypowa i zapadająca w pamięć była wizyta Jana Pawła II w 1999 roku. Pamiętna pielgrzymka, kiedy papież był chory, rzadko się pokazywał i była obawa czy cały program wizyty nie ulegnie zmianie. Miałem akredytację na fotografowanie papieża w Gliwicach, Krakowie i Starym Sączu. Spotkania w Gliwicach i Krakowie nie było. Następnego dnia pojechałem do Starego Sącza, gdzie papież przybył. Wracając do Katowic poprosiłem kierowcę, żeby wjechał do Wadowic. Wiedziałem, że nie mam akredytacji na obsługę w Wadowicach i nigdzie nie zostanę wpuszczony, ale chciałem zobaczyć jak ludzie reagują, jak wygląda miasto. Spotkałem tam kolegę z redakcji, który miał fotografować przyjazd Jana Pawła II do Wadowic. Postanowiłem odprowadzić go do punktu, gdzie była kontrola akredytacji. Ja na szyi miałem zawieszone wszystkie akredytacje. Kiedy kolega przeszedł przez kontrolę, to zawołano również mnie. Pośród licznych akredytacji na szyi nie zauważono braku tej na Wadowice, ale wpuszczono mnie. Wtedy pomyślałem, że coś fajnego zaczyna się dziać. Pokierowano mnie na zwyżkę dla fotoreporterów i już byłem szczęśliwy, że doszedłem tak daleko. Jeszcze dodatkowo mogłem fotografować tę chwilę, kiedy papież się śmiał mówiąc o kremówkach. W życiu fotografa prasowego szczęście zawsze gra dużą rolę i dlatego taki moment zapadł mi w pamięć. To był cały ciąg szczęśliwych zbiegów okoliczności.

 

KM: Każdy fotograf patrząc przez obiektyw inaczej widzi rzeczywistość, w odpowiedni dla siebie sposób kadruje sytuację, aby jego zdjęcia były atrakcyjne, można więc mówić o prawdzie fotografii prasowej? Czy prawda jest tu tylko pobożnym życzeniem?

 

AŁ: Z jednej strony mówimy, że fotografia mówi całą prawdę, ale w rzeczywistości nigdy nie ma prawdy bo tu wszystko ma znaczenie, na przykład to jakiego użyjemy obiektywu, jakiej perspektywy. To zawsze my fotografowie w pewien sposób kreujemy rzeczywistość. W fotografii kreacyjnej możemy sobie oczywiście pozwolić na wiele, natomiast w fotografii prasowej staramy się oddać jak najwierniej sytuację i miejsce. Ale jeśli przykładowo dwóch fotoreporterów stanie w tym samym miejscu i użyje obiektywów o innej ogniskowej, to tym samym pokazuje inny wycinek tej przestrzeni. Czyli już w pewien sposób ingerujemy w sytuację, chociaż chcemy pokazać prawdę. Myślę, że aby mówić o prawdzie, to trzeba wziąć pod uwagę intencje fotografa. To jest sedno sprawy, że my będąc na miejscu staramy się pokazać wydarzenie jak najbardziej prawdziwie, przy pomocy posiadanych narzędzi. I myślę, że to jest ta prawda w fotografii prasowej.

 

KM: Kreowanie jakiejś sytuacji mieści się jeszcze w pojęciu fotografii prasowej?

 

AŁ: Gazety, czasopisma wydają dużo dodatków, w których jest miejsce na kreację, na przykład dodatki modowe. Tu faktycznie jest pole do popisu i nadal jest to fotografia prasowa. Natomiast w czysto reporterskiej pracy na kreację nie ma miejsca.

 

KM: Mimo bycia w centrum akcji, trzymając aparat przy twarzy staje się Pan obserwatorem, czy zdarzyło się Panu kiedykolwiek opuścić aparat i włączyć w dokumentowaną sytuację?

 

AŁ: Tak, całkiem niedawno. Byłem w Czechach w Novým Jičínie, pochmurny dzień, opustoszały rynek, na którym nagle pojawił się mężczyzna na wózku inwalidzkim. Rynek był płaski, z rozlokowanymi w niektórych miejscach gejzerowymi fontannami, które strzelały w powietrze co pewien czas. Niepełnosprawny jeździł między fontannami, być może były to jego popisy na widok ludzi z aparatami, czy może sposób na zabicie czasu. W którymś momencie najechał na strumień wody, który wywrócił go na plecy. Oczywiste jest, że dla osoby na wózku, leżącej plecami do ziemi i dodatkowo oblewanej dużymi ilościami wody, podniesienie się jest niemożliwe. Dlatego oddałem wtedy aparat osobie stojącej obok aparat i wraz z kolegą pomogłem tej osobie wrócić na wózek. Myślę, że takie zachowanie jest naturalne.

 

KM: Czy według Pana w fotografii prasowej są jakieś granice, których przekraczać nie należy, czy jednak zdjęcie za wszelką cenę? Jak wygląda etyka dziennikarska w przypadku fotografii prasowej?

 

AŁ: Uważam, że zdjęcie za wszelką cenę, to nie jest motto, którym należy się kierować. Najpierw trzeba być człowiekiem, a później fotografem. Bo dzisiaj ja mogę fotografować czyjąś rozbitą głowę z myślą, że mam super materiał, a jutro może się to przytrafić mnie. Czy ja byłbym zadowolony, gdyby ktoś fotografował mnie w takiej sytuacji? Oczywiście, że nie.

 

KM: Żałował Pan zrobionego i opublikowanego zdjęcia?

 

AŁ: Zdarzyło się wiele lat temu.

 

KM: A są takie sytuacje, kiedy redakcja każe zrobić materiał, którego wcale Pan nie chce robić?

 

AŁ: Kilka razy wykonywałem zdjęcia do tekstów, które grafik mógł zobrazować jakimś symbolicznym rysunkiem, niestety zadanie powierzono mnie i musiałem wtedy sfotografować kogoś z redakcji, w roli poszkodowanego a inną osobę atakującą go młotkiem. Była to ilustracja do tekstu o tak zwanym „młotkarzu”. Sytuację udawaliśmy. To zdjęcie niestety było wykonane pod naciskiem redakcji. Dla mnie bardzo niekomfortowa sytuacja.

 

KM: Dokąd zmierza fotografia prasowa, jak widzi Pan jej przyszłość?

 

AŁ: Niestety widząc co się dzieje na rynku prasowym jestem pełen obaw. Fotografia cyfrowa ułatwia nam pracę, ale z drugiej strony na tyle się upowszechniła, że dzisiaj każdy ma aparat nawet w telefonie. W redakcjach rozprzestrzeniło się myślenie, że nie jest ważne doświadczenie fotografów, tylko to, że każdy może zrobić zdjęcie. Ja jestem zdania, że wiedza i doświadczenie zdobywane latami stanowią niezbędny atut dobrego fotoreportera, a współczesna technologia, która bardzo ułatwia robienie zdjęć nie jest jedynym wyznacznikiem wysokiej jakości finalnego produktu.

 

KM: Dziękuję Panu za rozmowę.

 

AŁ: Ja również dziękuję.

 

Poniżej prezentujemy kilka zdjęć Arkadiusza Ławrywiańca, więcej na stronie internetowej fotografa.

 

fot. A. Ławrywianiec – Chasydzi w Lelowie rok 2014

 

fot. A. Ławrywianiec –   Chasydzi w Lelowie rok 2014

 

fot. A. Ławrywianiec –   Andrzej Urbanowicz w pracowni

 

   fot. A. Ławrywianiec –  Jerzy Handermander w pracowni

 

Autor: Kamil Myszkowski 

Zdjęcia: Arkadiusz Ławrywianiec

Udostępnij.

O autorze

Rafał Łakus

Skomentuj artykuł