Takie samochody mogą zachęcić sceptyków do elektrycznych układów napędowych. Nissan N7 stanowi pragmatyczny wybór, który broni się w licznych kategoriach. Jego popularność nie dziwi. Niektórzy zakładają, że popyt na ten model jeszcze wzrośnie, co jest dobrą informacją dla japońskiej marki.
Nissan N7 to efekt współpracy
Historia tego modelu nie jest taka oczywista. Pokazuje jednak tendencje w światowym przemyśle motoryzacyjnym. Niektórzy mogą być zaskoczeni faktem, że Nissan N7 powstał we współpracy z chińskim koncernem. Co ciekawe, niemal wszystkie marki japońskie, koreańskie, europejskie i amerykańskie korzystają z podobnej koncepcji.
Dlaczego? To proste. W Państwie Środka tworzone są spółki joint venture, dzięki którym renomowane marki ograniczają koszty projektowania i produkcji samochodów będących bliskimi krewnymi chińskich pojazdów.
Na tym etapie ma to sens. Z Chinami już nie da się wygrać, dlatego najlepszym rozwiązaniem jest przyłączenie się, choćby w takim zakresie. Ten czas i tak by nadszedł, ale trzeba uczciwie przyznać, że nierozsądna polityka zachodu przyspieszyła proces wzmacniania tego dalekowschodniego kraju.
I wszyscy poniosą tego konsekwencje. Niemniej jednak takie połączenia strategiczne, jak w przypadku Nissana i Dongfenga mogą pozwolić na utrzymanie rentowności, a co za tym idzie – globalnych udziałów rynkowych.
Duży sedan Nissana
Chińskie pokrewieństwo nie przeszkadza, co zresztą potwierdzają polskie wyniki sprzedaży, gdzie nowe marki z Państwa Środka błyskawicznie zwiększają swoje udziały. Wśród najlepszych przykładów znajdziemy modele Omody, Jaecoo czy MG.
Nissan N7 też ma potencjał, by stać się hitem nad Wisłą. Niewykluczone, że wkrótce trafi na rynki Starego Kontynentu. Z pewnością spełnia normy emisji spalin. W przypadku homologacji dotyczącej bezpieczeństwa też nie powinno być problemu.

Pod względem stylistycznym nie ma najmniejszych powodów do narzekań. Można pokusić się o stwierdzenie, że duży sedan Nissana wygląda lepiej, niż jakakolwiek Tesla. Pas przedni z blendą LED i reflektorami w kształcie grotów strzały robi dobre wrażenie.
Tak samo można ocenić linię, która przypomina czterodrzwiowe coupe. Wszystko za sprawą opadającej linii dachu, która płynnie przechodzi w klapę bagażnika. Z tyłu dominuje panel świetlny poprowadzony przez całą szerokość.
Nissan N7 w dobrej cenie
Popularność tego samochodu z pewnością wiąże się z ceną. Za bazową wersję trzeba zapłacić 119 900 juanów, czyli około 60 tysięcy złotych (kurs 0,50). Z kolei topowa wersja stanowi wydatek 149 900 juanów (75 tysięcy złotych).
Są to absurdalnie niskie kwoty z perspektywy europejskiego klienta. Dla przykładu, za takie pieniądze nie da się kupić w Polsce ani Volkswagena Polo, ani Peugeota 208. O kompakcie całkowicie można zapomnieć.

A przecież mówimy o samochodzie elektrycznym, który w wielu przypadkach może pełnić rolę tego pierwszego – rodzinnego. Nawet po uwzględnieniu podatków byłby hitem cenowym nad Wisłą. Liczba klientów podchodzących sceptycznie do decyzji politycznych wzrasta, co już nikogo nie dziwi.
Nissan N7 doczekał się już 20 000 zamówień, co jest dobrym wynikiem, jak na zaledwie sześć tygodni od debiutu rynkowego. Ta liczba może wzrosnąć, jeśli producent zdecyduje się na zaoferowanie auta w innych regionach. Mógłby stanowić dobre uzupełnienie polskiej oferty.
Warto dodać, że auto posiada napęd generujący 215 koni mechanicznych. Jego uzupełnieniem jest akumulator trakcyjny, którego pojemność sięga 58 kWh. Realnie może pokonać około 400 kilometrów.


