„Zakazy fotografowania mnie nie obowiązywały…” – wywiad z Józefem Makalem | NaMasce

„Zakazy fotografowania mnie nie obowiązywały…” – wywiad z Józefem Makalem

0

Strzelał z palca do Gomułki, był mylony z Fidelem Castro, fotografował największe wydarzenia w kraju. Za granicą okrzyknięty jednym z najwybitniejszych światowych fotografików. Nazywany Śląskim Cartierem-Bressonem, sam podkreśla że zawsze starał się najlepiej wykonać swoją pracę. Józef Makal – znakomity śląski fotoreporter – opowiada o fotografii prasowej na podstawie wieloletnich doświadczeń.

 

Kamil Myszkowski: Rozmawiając z fotografem zazwyczaj należy zapytać o początki fotograficzne. Proszę opowiedzieć jak Pan zaczynał fotografować.

 

Józef Makal: Na komunię dostałem od rodziców maleńki aparat fotograficzny – ebonitowy Kodak. Miałem go bardzo krótko, wybuchła wojna więc ukryłem go na strychu i ktoś mi go ukradł. Zrobiłem nim parę zdjęć i zaczęło mnie to pociągać. W tym czasie szczególnie podobał mi się pejzaż. Tata pracował na kolei, z racji tego mieliśmy kilka bezpłatnych biletów na całą Polskę. Jeździliśmy więc po kraju. W podróży widziałem to co się dzieje i fotografowałem to. Później tak jak już mówiłem przyszła wojna. Ja pracowałem w Hucie w Milowicach. Wtedy pojawił się drugi aparat, który przyniósł skądś mój brat. Jego fotografia nie pociągała więc dostałem go w prezencie. Pamiętam, że chowałem aparat na kredensie w obawie przed Niemcami. Mama nawet nie wiedziała, że go mam.

 

KM: Kiedy uznał Pan, że fotografia powinna stać się zawodem?

 

JM: W 1948 roku wziąłem ślub, naturalnym więc było, że potrzebowałem pieniędzy. Nadal lubiłem wycieczki i fotografowałem pejzaże. Udało mi się nawiązać współpracę z Centralną Agencją Fotograficzną. Zostałem foto-korespondentem i wtedy zacząłem skupiać się na człowieku. Pierwszy fotoreportaż robiłem z budowy gazociągu w Siewierzu, za niego dostałem z Warszawy list pochwalny. No i tak się zaczęło fotografowanie człowieka, który później był dla mnie najważniejszy. Człowiek, oczywiście umiejscowiony na jakimś planie, w jakimś kontekście. Tak zacząłem się interesować fotografią prasową. Później w 1957 roku w Katowicach stworzyliśmy Tygodnik Młodzieżowy „Co dalej”. Istniał dziewięć miesięcy, bo zabraliśmy się trochę za politykę, nie tak jak władza by chciała. Zwinęli naszą redakcję i zostałem bez pracy. Na głowie dom, powiększyła się rodzina, udałem się więc do Dziennika Zachodniego. Redaktor Naczelny powiedział od razu „Ja już Pana znam z <<Co dalej>>, przyjmuję Pana od razu”.

 

KM: Przez lata był Pan fotoreporterem Dziennika Zachodniego, czy istnieje jakieś wydarzenie, które w tym czasie najmocniej zapadło Panu w pamięci?

 

JM: W tym czasie na Śląsk przyjeżdżały wszystkie delegacje krajów socjalistycznych. Było tego aż tyle, że w głowie się nie mieści. Ja musiałem to wszystko obsługiwać. Byli też przedstawiciele krajów kapitalistycznych między innymi de Gaulle. Gdy pracowałem z władzami, to zakazy fotografowania mnie nie obowiązywały. Najbardziej zapadła mi w pamięci wizyta Fidela Castro w Zabrzu. Przywódca znany z chodzenia w „polówce”, wtedy na akademii w Spodku dostał tytuł Honorowego Górnika i mundur górniczy, który od razu założył. Później jadąc kolumną samochodów na trasie z Katowic właśnie do Zabrza ja byłem w pierwszym pojeździe przed Fidelem. Pamiętam, miałem na sobie granatową koszulę z pagonami i jednakowe spodnie. Do tego jeszcze ciemna broda i czapeczka. Gdy wysiadałem z samochodu ktoś krzyknął „O Fidel!”, dziewczyny z kwiatami zaraz przybiegły mnie witać. Od razu to podłapałem i krzyknąłem „Salute seniorina, saluto kamerade!”. Później wzywali mnie na wyjaśnienia…
Poza tym jeszcze jedno, gdy Gomułka przyjechał na Barbórkę do Sosnowca. Ja tam byłem wcześniej, przed jego przyjazdem i z kolegą z Trybuny Robotniczej lekko się „nadźgaliśmy”. Jak Gomułka przyjechał, to aparat leżał na podłodze, a ja do niego strzelałem z palca jak z pistoletu.

 

KM: Co było w tamtych czasach według Pana najtrudniejsze w pracy fotoreportera?

 

JM: W tamtych czasach, to że pracowało się na sprzęcie analogowym. Ja fotografowałem na średnim formacie, więc miałem tylko 12 klatek do zrobienia, więc trzeba było mieć więcej rolek kliszy. Późnej się wracało, trzeba było szybko film wywołać, zrobić odbitki, opisać to wszystko i dopiero wysłać do drukarni. Nieraz pracowałem całą noc, żeby jeszcze rano zanieść materiał naczelnemu do adjustacji. Czyli raczej najtrudniejsze były względy techniczne.

 

KM: W przypadku fotografii prasowej dostrzegam pewnego rodzaju misyjność – fotoreporter dokumentuje jakąś sytuację, bądź zjawisko w nadziei, że swoim obrazem wpłynie na czyjąś opinię. Czy faktycznie można tak to postrzegać?

 

JM: Można. Fotografia prasowa ma wpływ na wiele spraw, bo ludzie ją oglądają. Dobre przykłady płynące z fotografii wpływają na ludzi. Fotoreporter może pokazywać dobre rzeczy a ganić złe. Często robiłem takie zdjęcia, na przykład czyszczenie zaśmieconej ulicy – pamiętam Opolanie sami zamiatali chodniki, nawet jezdnię. Albo fotografia mody, przez którą kształtuje się styl społeczeństwa. Fotografia w gazetach ma nawet większe znaczenie niż teksty. W Dzienniku Zachodnim zapoczątkowałem umieszczanie z ważniejszych wydarzeń fotorelacji, moje zdjęcia były drukowane na całych stronach.

 

KM: W fotografii prasowej ważne jest przedstawienie prawdy o sfotografowanej sytuacji. Każdy ma jednak inny punkt widzenia, ponadto fotograf tak komponuje swoje kadry, aby były atrakcyjne. Moje pytanie zatem jest następujące: czy jest tutaj jakieś miejsce na kreację? Jak istotna jest prawda?

 

JM: Fotografia zawsze pokaże nagą prawdę, ale kreacja w pracy fotoreportera była. Gdy na przykład fotografowałem pokazy mody, to ustawiałem modelki w odpowiedni sposób. Często redakcja wysyłała fotografa z konkretnym zamówieniem. Trzeba było coś sfotografować tak i tak. Zdjęcia często były więc ustawiane, organizowane. Ale to było zależne od sytuacji. Dokumentowanie pracy na przykład górników, było oczywiście naturalne, tam nie było nic do ustawiania. Nawet nie było na ustawianie miejsca, bo bardzo często na przodek szło się na kolanach. Poza tym jak redakcja coś zlecała, to ja zawsze szukałem dodatkowo czystego dokumentu, który można było gdzieś wysłać do druku. Moje kadry przedrukowywane były nawet w prasie zachodniej.

 

KM: Patrząc przez szkło obiektywu fotograf, mimo bycia aktualnie w centrum akcji, staje się obserwatorem lekko na uboczu. Czy Panu zdarzyło się czasem opuścić aparat i włączyć w dokumentowana sytuację?

 

JM: Nigdy. Praca fotograficzna zawsze była najważniejsza. Zawsze patrzyłem na wydarzenia przez aparat.

 

KM: W tym miejscu musze zapytać o etykę dziennikarska. Zdjęcie za wszelką cenę, czy istnieje granica?

 

JM: Nie, absolutnie nie. Jest granica. Jest ona w świństwach, czy się pokazuje kogoś w niewłaściwej sytuacji, czy wymyśla coś, czego nie było. W gazecie do popisu mieli graficy. Ziętek był bardzo gruby, Grudzień natomiast szczuplejszy od niego. Grafik zawsze wycinał Grudnia i naklejał na brzuch Ziętka. Ale to nie była moja interwencja, bo ja oddawałem zdjęcia i tylko to oglądałem w wydrukowanym materiale.

 

KM: Czy żałował Pan kiedykolwiek opublikowanego zdjęcia? Które na przykład zostało zupełnie inaczej odebrane, lub w niezamierzony sposób pokazało jakąś sytuację?

 

JM: Żałowałem. Pracując w „Co dalej” razem z dziennikarzem byłem w Częstochowie i robiliśmy materiał jak to pięknie tam jest. Ale Częstochowa w tym czasie przodowała w naszym województwie pod względem ilości picia alkoholu. Po robocie poszliśmy do restauracji na obiad. Naprzeciw, przy stoliku siedziały trzy panie. Starszy kolega, dziennikarz, poprosił mnie żebym zrobił im zdjęcie. Nie wiedziałem wtedy o co chodzi. Później się okazało, że one piły wódkę. Dziennikarz opublikował to zdjęcia z podpisem „Oto scenka pouczająca: Trzy kobiety, trzy kieliszki. Trzeba pomóc Polsce w spożyciu alkoholu”. Zostaliśmy za to oskarżeni o zniesławienie. Mnie uniewinnili, bo nie byłem do końca świadomy tego co fotografuję, kolega dostał trzy miesiące w zawieszeniu. I tego zdjęcia żałuję, później już nic takiego nie było.

 

KM: Konieczne jest również pytanie o cenzurę? Czy toczył Pan batalie o publikację materiału w takiej czy innej formie?

 

JM: Ja zdjęcia oddawałem do kierownictwa redakcji, oni już sami decydowali co publikować i ewentualnie o co walczyć. Nie można było oczywiście fotografować mostów, ujawniać miast, w których były jednostki wojskowe. Poza tym w politycznych sprawach były różne zarządzenia dotyczące podpisów, ale to tak jak mówię należało do redakcji.

 

KM: Mistrz śląskiej fotografii, śląski Cartier-Bresson – jak bardzo utożsamia się Pan z tymi przydomkami?

 

JM: Śląsk fotografowałem, bo na nim pracowałem. Fotografowałem i biedaków i przemysł, wszystko. Oczywiście jeździłem po całej Polsce, ale Śląsk zawsze był najważniejszy. Cartier-Bresson wziął się z Londynu. Anglicy nadali mi taki tytuł widząc moje zdjęcia. Dostawałem dyplomy uznania za fotografie Śląska. Brałem udział w światowych i polskich wystawach fotografii prasowej. Dostawałem wyróżnienia i nagrody na konkursach. W całej karierze zrobiłem ogromną ilość zdjęć, to chyba stąd te tytuły.

 

KM: Czy ktoś inspirował Pana w pracy fotograficznej?

 

JM: Nie, raczej nie. No jak zaczynałem fotografować, to ważny był dla mnie ojciec polskiej fotografii krajobrazowej – Bułhak – i ogólnie polscy fotograficy. Ja kończyłem Wyższy Kurs Fotografii Artystycznej, na podstawie tego kursu powstał Związek Polskich Artystów Fotografików, znałem więc całą plejadę fotografów. Na wykłady przyjeżdżali profesorowie z krakowskiej ASP – tam dużo się nauczyłem. Każdy z uczestników kursu przynosił swoje zdjęcia, więc dużo się też naoglądałem. Później należałem też do Towarzystwa Fotograficznego w Katowicach.

 

KM: W latach 80-tych Zofia Rydet obawiała się, że gdy odejdzie jej fotograficzne archiwum trafi na śmietnik, czy myślał Pan kiedykolwiek podobnie?

 

JM: Niestety wszystkie negatywy w latach 90-tych mi skradziono. Całą szafę z negatywami, która stała w redakcji Dziennika, nawet prywatne negatywy z wyjazdów rodzinnych trzymane tam. Miałem przecież zdjęcia sprzed pracy w gazecie, cały Śląsk, Jurę, fotografie z wyjazdów po Polsce i po świecie. Wszystko zginęło. Byłem wtedy już na emeryturze, ale jeszcze z redakcją współpracowałem więc całe archiwum tam było. W trakcie remontu ktoś wyniósł moja szafę do piwnicy i negatywy zniknęły. W tej chwili posiadam część zdjęć, które się uratowały, ale tylko odbitki. W celu archiwizacji sprzedałem ostatnio trochę z nich do Muzeum Śląskiego. Może kiedyś skradzione zdjęcia ktoś pokaże. Ale moje dzieci znają moją fotografię, więc rozpoznają, jeśli wpadnie im to w ręce. Ja nie rozpoznam ich, bo już prawie nic nie widzę.

 

KM: Na koniec chciałbym żeby Pan ocenił obecną sytuację. W momencie gdy każdy ma aparat w telefonie i dokumentuje to, co dzieje się dookoła, redakcje rozwiązują umowy z fotoreporterami i publikują właśnie takie amatorskie zdjęcia.

 

JM: Dla mnie to jest jak strzelanie z karabinu maszynowego. Wszędzie są ludzie, którzy fotografują. Jeden przy tym myśli, a drugi wali bezmyślnie. Ale jeżeli zdjęcie amatorskie odpowiada chwili, bo człowiek znalazł się akurat w odpowiednim momencie, to rozumiem. Takie zdjęcie warto przedstawić. Ale nie jakieś migawki z ulicy. Absolutnie. Takich zdjęć to Makal robił setki, ale one trafiały do archiwum.

 

KM: Dziękuję Panu za wyczerpujące odpowiedzi.

 

JM: Dziękuję.

 

 

Światowej sławy fotoreporter, przez skromność, pokazał podczas rozmowy wycinek swojej twórczości wydanej w formie foto-książki, stąd też forma ilustracji powyższego tekstu. Prace tak wybitnego fotografa zasługują jednak na prezentowanie w galeriach sztuki.

 

Autor: Kamil Myszkowski

Udostępnij.

O autorze

Rafał Łakus

Skomentuj artykuł