Legendy motoryzacji: Ferrari F40 (1987-1992) - NaMasce

Legendy motoryzacji: Ferrari F40 (1987-1992)

0

Niewiele samochodów potrafi oddziaływać na wyobraźnię tak silnie, jak nasz dzisiejszy bohater. A jest nim wyjątkowy przykład niezwykłego kunsztu inżynierów z włoskiego Maranello, którzy podjęli się stworzenia najlepszego supersamochodu wszech czasów. Takie właśnie jest niespełnione marzenie wielu entuzjastów motoryzacji i prawdziwa ikona – niepowtarzalne Ferrari F40.

ferrari_f40_1987_1

Prezent na „czterdziestkę”
W połowie lat 80-tych topowym modelem Ferrari było 288 GTO, które przygotowywano do startów w asfaltowych rundach mistrzostw świata rozgrywanych w ramach rajdowej Grupy B. Niestety, pomimo spełnienia wymogów homologacyjnych i stworzenia jeszcze ostrzejszej wersji Evoluzione, dominacja rajdówek z napędem na cztery koła zapoczątkowana przez Audi i zdelegalizowanie Grupy B po serii tragicznych wypadków w sezonie 1986 spowodowały, że supersamochód z wierzgającym rumakiem na masce nigdy nie mierzył się z rywalami na oesach. Szybko podjęto decyzję o stworzeniu następcy, który miał w pełni odzwierciedlać filozofię włoskiej marki i wyznaczyć nowe standardy w klasie. W nowej konstrukcji postanowiono wykorzystać doświadczenie zebrane w projekcie 288 GTO, a szczególnie z wersji Evoluzione. Najnowsze dziecię z Maranello miało stać się wyjątkową „pamiątką” na czterdzieste urodziny włoskiego producenta. Stąd też wzięła się nazwa – F40.

ferrari_f40_1987_3

Sylwetkę F40 pomogła stworzyć Pininfarina, która jak zwykle świetnie wywiązała się z powierzonego jej zadania. Niskie, agresywnie ciosane nadwozie wykonane z kompozytów oraz włókna węglowego budzi respekt i obfituje w detale, idealnie odzwierciedlając klimat panujący w drugiej połowie lat 80-tych. Wyróżnikiem oprócz chowanej pary reflektorów jest zintegrowany z pokrywą silnika tylny spojler, który po bokach ma wytłoczoną nazwę modelu. Potężne „serce” już tradycyjnie można było podziwiać przez wykonaną z tworzyw sztucznych przezroczystą osłonę, „podziurawioną” wylotami powietrza. Jak łatwo się domyślić, F40 należało do najkosztowniejszych samochodów świata, jednak pomimo bajońskiej sumy jakiej żądali dealerzy za najnowsze cacko ze stajni Ferrari, właściciel nie otrzymywał nawet kawałka wykładziny czy radia – tuż po zajęciu miejsca w wybornie trzymających, ale też niezwykle twardych fotelach witały go niezbyt estetyczne wykończenia oraz szyby na korbki. Co ciekawe, niektóre z pierwszych egzemplarzy były pozbawione tego ostatniego udogodnienia – obsesją projektantów było obniżanie masy, więc do wentylacji kabiny przeznaczono kojarzące się z rasowymi wyścigówkami przesuwne lufciki. Jedynym „luksusowym” dodatkiem była klimatyzacja, która przy generującym olbrzymie ciepło silniku znajdującym się tuż za plecami pasażerów była niezbędna – gdyby nie to, F40 mogłoby z powodzeniem rywalizować w konkursie na najszybszy piekarnik na świecie…

ferrari_f40_1987_6

Lekki, mocny, narowisty
Braki na liście opcji, F40 z nawiązką rekompensowało w kategorii osiągów. Pod tylną pokrywą ukryto umieszczony centralnie motor V8 o pojemności 2,9 litra, który dzięki dwóm turbosprężarkom osiągał moc 478 KM – tak przynajmniej podawała fabryka, w rzeczywistości mocy było nieco więcej. Całość współpracowała z 5-biegową skrzynią manualną, przekazując moc w jedyne słuszne miejsce – na tylną oś. Pierwszą setkę F40 osiągało po około 4 sekundach, a prędkość maksymalna wynosiła 325 km/h. Kiedy tylko turbosprężarki wreszcie zbierały się do pracy, fala momentu obrotowego błyskawicznie sprawiała, że bieżnik szerokich opon Pirelli P Zero znikał w efektownych kłębach dymu. Dość powiedzieć, że F40 potrafiło wściekle zabuksować kołami nawet na czwartym biegu, a w przypadku nawet lekkiego deszczu dla własnego bezpieczeństwa najlepiej było wybrać inny środek transportu.

ferrari_f40_1987_5

Pomimo to prowadzenie F40 było oszałamiającym przeżyciem – niewiele samochodów tak dobrze komunikowało kierowcy swoje zamiary. Kiedy dziennikarze którzy mieli okazję testować najnowszy supersamochód w końcu zdołali pozbierać swoje szczęki i ochłonąć z szoku, jaki wywarły na nich potężne możliwości modelu, niemal jednogłośnie podkreślali, że jest to jeden z najlepszych samochodów, jaki kiedykolwiek powstał. Była to maszyna w najczystszej postaci, nie splamiona obecnością jakichkolwiek elektronicznych gadżetów mających pomóc w okiełznaniu wściekle czerwonej bestii. Zbliżenie się do limitu wymagało od kierowcy sporych umiejętności oraz wielkiej odwagi. Wspomniany wcześniej brak radia niejako tłumaczył niesamowity silnik, który pomimo zastosowania dwóch turbosprężarek ujmował niepowtarzalnym, przejmującym dźwiękiem. Dzięki olbrzymiemu zainteresowaniu klientów do 1992 roku powstało aż 1315 egzemplarzy, które najczęściej można spotkać przy okazji różnych wystaw czy imprez w stylu corocznego Festiwalu Prędkości w Goodwood.

ferrari_f40_1987_4

Podobnie jak w przypadku 288 GTO, F40 mimo wielkiego potencjału nie zdołało odnieść oszałamiających sukcesów na torach wyścigowych. Kolejne wersje dostosowywane do sportu (jak LM, GT czy GTE) cieszyły się jednak dużą popularnością wśród kierowców i często zwyciężały wyścigi w ramach mniej prestiżowych serii. Co ciekawe, różne wyścigowe wcielenia F40 walczyły w zawodach jeszcze w drugiej połowie lat 90-tych, a w niektórych krajach (np. Japonia) można je było spotkać nawet do 2008 roku.

ferrari_f40_1987_2

O F40 można mówić wiele, jednak tak naprawdę żadne słowa nie są w stanie odzwierciedlić wrażenia, jakie wywołuje na kolejnych pokoleniach entuzjastów. Jest to jeden z ostatnich i z pewnością najdoskonalszy z całej linii w pełni „analogowych” supersamochodów, a także ostatni z modeli powstały jeszcze za życia Enzo Ferrariego. F40 szybko stało się niepodważalną ikoną, która do dziś jest wyznacznikiem dla każdego flagowego modelu marki. Boleśnie przekonało się o tym równie fascynujące F50, które od samego początku spotkało się z ogromną dezaprobatą tylko dlatego, że oceniano je przez pryzmat wyśmienitego poprzednika. Chociaż obecna technologia pozwala na tworzenie imponujących maszyn, to leciwe Ferrari wciąż budzi respekt. Dzieje się tak z bardzo prostego powodu – podobnie jak nigdy nie będzie kolejnego Małysza, Zidane’a czy Fangio, tak samo już nikt nie będzie w stanie stworzyć samochodu, który w pełni dorówna niezwykłej legendzie F40.

 

Autor: Daniel Banaś

 

Udostępnij.

O autorze

Wojciech Krzemiński

Mówią, że dziennikarz motoryzacyjny.

Skomentuj artykuł