„Fotograf to człowiek, który patrzy, dostrzega, rozumie i interpretuje” – wywiad z Józefem Wolnym - NaMasce

„Fotograf to człowiek, który patrzy, dostrzega, rozumie i interpretuje” – wywiad z Józefem Wolnym

1

Józef Wolny – na co dzień kierownik działu foto Gościa Niedzielnego, fotoreporter, członek Związku Polskich Artystów Fotografików – opowiada czym dla niego jest medium fotografii, w jaki sposób kształtowała się jego fotograficzna droga, a także o kulisach fotoreporterki.

jozef wolny foto Janusz Rozanski

fot. Janusz Różański

 

Kamil Myszkowski: Jak rozpoczął się Pana związek z fotografią?

Józef Wolny: Mój początek to lata 80-te. Pierwsze ważne spotkanie z fotografią to BWA w Katowicach i wystawa fotografii „Koniugacje” Edwarda Poloczka. W dużych przestrzeniach galerii bardzo dobra czarno-biała fotografia o Śląsku. Pamiętam kozy, hałdy, ogromne koła parowozu – wszystko to było w dużych formatach. Wtedy pierwszy raz zetknąłem się z fotografią w ujęciu wystawowym, kiedy ona działa nie tylko treścią ale i formą, olbrzymim formatem. Natomiast potem ważnym momentem było pojawienie się w Katowickim Towarzystwie Fotograficznym. W tym czasie mieściło się ono w atelier Holasów, gdzie gromadzili się znakomici ludzie. Poznałem tam na przykład Zbyszka Sawicza, później z jego rekomendacji dostałem się do redakcji „Panoramy”. Całe to studio było magiczne, szafy pełne zdjęć robiły niesamowite wrażenie. To były czasy, kiedy fotografia była bardzo wyjątkowym zajęciem. Kupno aparatu wymagało dużych pieniędzy, zdobywanie materiałów też było trudne i w tym czasie studio Holasów stanowiło miejsce, gdzie można było podzielić się poglądami, porozmawiać ze starszymi kolegami.

 

KM: Proszę coś więcej powiedzieć o fotografach, których Pan spotkał w tym czasie, czy był ktoś kim się Pan inspirował?

JW: Pamiętam postać Jerzego Żymirskiego z Czeladzi, fantastyczny fotograf zajmujący się dokumentowaniem tego miasta. Wspomnę też o Jurku Lewczyńskim, który pojawiał się w Katowickim Towarzystwie Fotograficznym i Andrzeju Koniakowskim – on później wprowadzał mnie do ZPAF-u. Ja na spotkania Towarzystwa początkowo przychodziłem jako bardzo niedoświadczony człowiek, aczkolwiek miałem już podstawy wiedzy fotograficznej. Na jedno z pierwszych spotkań przyniosłem czarno-białe odbitki, takich nocnych klimatów z Katowic – jakiś tramwaj, jakieś neony. Wydawało mi się że mam znakomite fotografie i wszyscy przed nimi klękną, a tu nagle zostałem „zrypany”. Uświadomili mi że ziarno nie to, że kompozycja też nie taka i tak dalej. Na początku od razu był bunt, usiadłem sobie gdzieś z tyłu na krzesełku, ale później powoli zaczynałem rozumieć o co w tej fotografii chodzi. Z czasem Towarzystwa wiąże się również postać Alfreda Ligockiego, która mnie zafascynowała. Był on publicystą, piszącym mnóstwo książek o fotografii, również o tej prasowej. Dla niego reporterka była czymś najwspanialszym i ja również się tym zachwyciłem. Czytając jego książki powoli zaczynałem rozumieć, że fotografia jest zjawiskiem bardzo złożonym, na które składa się wiele czynników i ogromna wiedza. Od samego początku zainteresowania fotografią, żyłem nią dość intensywnie. Dużo informacji uzyskiwałem z Empiku, gdzie można było przeczytać tematyczną prasę polska i zagraniczną. Cały czas zdobywałem wiedzę z różnych źródeł, dlatego nie będę wymieniał konkretnego nazwiska, które mnie ukształtowało. Nigdy nie zamykałem się wyłącznie na fotografię prasową, uważam że całe spektrum tego medium jest interesujące.

 

KM: Wspomniał Pan o złożoności zjawiska fotografii, proszę powiedzieć czym według Pana jest fotografia?

JW: Fotografię traktuję jako bardzo złożoną całość, jako wypowiedź, która w zależności od tego kto podejmuje się tej sztuki, jest projekcją jego wyobraźni. Ja na fotografię patrzę trochę podwójnie, to znaczy z jednej strony jest ona oknem na świat i to bardzo pociąga ludzi młodych, bo to dzięki na przykład długiemu obiektywowi można wejść w czyjeś życie, możemy zrobić jakiś reportaż z tego. Jest to działanie na zewnątrz, ale fotografia ma też swoje drugie oblicze. Można ją określić mianem lustra – wszystko co robimy, dzieje się też w nas, kształtuje nas, czyli jest procesem do środka. Fotografem się nie jest, fotografem się staje.

 

KM: W którym momencie zdecydował Pan, że fotografia stanie się drogą zawodową?

JW: Wszystko się potoczyło jakoś automatycznie. Będąc w Katowickim Towarzystwie Fotograficznym intuicyjnie, dzięki lekturze Ligockiego dążyłem w kierunku fotografii prasowej, która wydawała mi się najciekawsza. Robiłem jakieś wprawki w tym kierunku. Pamiętam „Teatr Rysowania”  Starowieyskiego w salach Muzeum Śląskiego, rysował piękne nagie kobiety, odbyłem wtedy rozmowę z fotoreporterem Dziennika Zachodniego, który mówił: Józek, interesuj się fotografią, ciesz się fotografią, ale nie wchodź w ten zawód, bo szybko zrozumiesz, że on wciąga jak narkotyk i zabierze Ci całe życie osobiste. Ja mu wtedy nie wierzyłem, ale tak się rzeczywiście stało. Po jakimś czasie w Towarzystwie pojawił się znakomity fotoreporter, Stanisław Gadomski – on zaproponował mi prace w „Panoramie”. Na początku nie do końca udało mu się mnie do tego przekonać, moja rodzina zaprotestowała, ja pracowałem na kopalni – byłem inspektorem ognioszczelności, zarabiałem realne pieniądze, w gazecie miały być one mniejsze. Nic więc dziwnego, że z konieczności utrzymania rodziny na początku odmówiłem. Jednak po pół roku, kiedy po raz kolejny ta propozycja przyszła zgodziłem się i z Halemby głębokiej, ja szeregowy górnik dostałem się do redakcji gazety i świata ciekawych ludzi, ciekawych wydarzeń.

 

KM: Po „Panoramie” były kolejne redakcje…

JW: Tak, po „Panoramie” był „Katolik”. Ale była też firma związana
z reklamą, czyli fotografia reklamowa. Fotografowałem na średnim formacie, na Hasselbladach, na kamerze wielkoformatowej. Jako jeden z pierwszych tutaj miałem Cambo 4×5 cala. Fotografowałem na diapozytywach, w domu miałem dużą maszynę Jobo, w której były one wywoływane. Robiłem zdjęcia architektury, przemysłu, fotografowałem jakieś tam zakłady – takie było wtedy zapotrzebowanie w fotografii reklamowej. W momencie, gdy zaczęła się pojawiać fotografia cyfrowa, to ilość zleceń się zmniejszyła i wróciłem do prasy, najpierw prawie dwa lata pracowałem w Gazecie wyborczej, później półtorej roku w Super Expresie aż wreszcie wylądowałem w Gościu Niedzielnym jako fotoedytor, w którym pracuję do chwili obecnej.

 

KM: Jest Pan twórcą pojęcia metafotofizyka, jak można je rozumieć?

JW: Traktuję fotografię jako ścieżkę osobistego rozwoju. Fotografia to cały ciąg zjawisk intelektualnych, emocjonalnych, które nas dotyczą i w momencie kiedy robimy zdjęcie i kiedy jesteśmy jego odbiorcami. Trzeba sprecyzować kim tak naprawdę jest fotograf – to człowiek, który patrzy i dostrzega. Umiejętność patrzenia nie zawsze przekłada się na umiejętność dostrzegania. Drugim elementem jest chęć zrozumienia dostrzeżonej rzeczy. Fotograf stara się zrozumieć to, co dostrzega, dlaczego coś się dzieje – jest to element intelektualny. Natomiast trzeci element to interpretacja, czyli sam moment fotografowania, na który składa się z jednej strony umiejętność korzystania z walorów technicznych, a z drugiej jest kwestia osobowości. Jest takie stare fotograficzne powiedzenie: pokarz mi swoje zdjęcie, a powiem Ci kim jesteś. Czasami zdjęcie opowiada więcej o człowieku niż sam człowiek, fotografia opowiada czasami więcej o autorze niż o fotografowanym obiekcie. Metafotofizyka wiąże się również z tym, że fotografia odnosi się do pojęcia pamięci. Pamięć jest istotą naszej osobowości, taką osnowę naszej tożsamości. Ja to dość dobitnie zrozumiałem kiedy moja mama zapadała na demencję starczą. Osoba, która traci pamięć ma w oczach strach, ona nie wie gdzie jest, nie rozumie co się dzieje, nie wie kto jest przed nią. To jest bardzo przykre, kiedy osoba najbliższa nie rozpoznaje cię. Pamięć jest w nas najważniejsza,
a fotografia jest kultem pamięci, jest zatrzymaniem czasu i przestrzeni, emocji idei. I to jest ta cała metafotofizyka – fotografem nie jesteś
w momencie naciskania spustu migawki, tylko w całym tym procesie wyborów. Wybierasz kiedy zrobisz zdjęcie, czy użyjesz takiego czy innego obiektywu, czy zrobisz fotografię kolorową, czy czarno-białą. To wszystko też zależy od inteligencji i etyki człowieka. Fotografia jest medium, które nie jest do końca zdefiniowane, nie jest do końca ostre, ponieważ czytamy ją również przez pryzmat naszych doświadczeń. Wszystko co jest ważne w fotografii jest również ważne w nas samych. Metafotofizyka jest tą duchowością fotografii, która się przekłada na to, że obraz w jakiś sposób nas buduje, pozwala nam istnieć i ustosunkować się do wielu kwestii.

 

KM: „Fotoreporter to taki gość, który dysponuje niewielkim aparatem, otwartym umysłem, oraz sporą ilością empatii i uczciwości.” Tymi słowami opisał Pan zawód fotoreportera, jest to jednak otwarta definicja, czy w takim razie każdy może zostać fotoreporterem?

JW: Znam wielu fotoreporterów i ich kariera przebiegała bardzo różnie. Są tacy, którzy mają „iskrę bożą”, są też tacy, którzy uczą się pewnych rzeczy przez lata. Ci drudzy najczęściej dłużej trwają w swoim fachu, bo bardziej się do tego przykładają. Wszystkiego można się nauczyć, tylko trzeba włożyć w naukę odpowiednio dużo siły. Kiedyś fotografia była „wiedza magiczną”, bo była autonomiczna, natomiast teraz jest ogólnie dostępna,  zdemokratyzowała się, aczkolwiek również się spauperyzowała. Dlatego my jako fotografowie zaangażowani musimy tłumaczyć ludziom, że fotografia to bardzo złożone zjawisko, można ja uprawiać na różnych poziomach świadomości.

 

KM: Jakie jest najbardziej zapadające w pamięć wydarzenie, które Pan fotografował?

JW: Mam dość traumatyczne przeżycia związane z Haiti. Jako fotoedytor wybierałem zdjęcia do informacji o trzęsieniu ziemi.  Pozycja fotoedytora jest dość trudna, w prawdzie siedzi on w redakcji, popija ciepłą kawę, sięga w komputerze do baz fotografii różnych agencji prasowych i ogląda zdjęcia z trzęsienia ziemi. Trzeba mieć świadomość, że to była niezwykła katastrofa,w pierwszych momentach zginęło tam prawie 300tys. ludzi. Fotoedytor ma przed sobą straszne zdjęcia, szeregi ciał, ludzie przygnieceni gruzami, cierpiące dzieci… i z jednej strony musi on wybrać zdjęcia, które pokażą ogrom tragedii, ale z drugiej nie może narazić na szok czytelnika – to nie są łatwe wybory, ale można im sprostać. Mnie natomiast przydarzyło się, że trzy miesiące po takich wyborach pojechałem na Haiti jako fotoreporter. Wyjazd w zasadzie zdewastował moją naiwność, moja wiarę w człowieka. To co tam zastaliśmy ja opisuję jako „nędza odmieniona przez wszystkie przypadki”. To państwo było wtedy totalnie zniszczone, po tych trzech miesiącach zastałem tam cały ogrom tragedii – głodni ludzie żebrzące dzieci. No i to było dla mnie takie mocne przeżycie, wszystko zostało z tyłu mojej głowy, co wiąże się z taką bezsilnością na to co dzieje się na świecie. Do dziś trochę się z tymi odczuciami borykam.

 

KM: Czy fotoreporter wierzy, że swoimi zdjęciami może coś zmienić?

JW: Fotografia prasowa jest bardzo utylitarnym zajęciem, służy określonym celom. Tymi celami jest za zwyczaj biznes, budowanie ludzkiej świadomości, budowanie pewnych opinii. Media dają nam w pewnym sensie obraz prawdziwy, ale i nieprawdziwy. Taki przykład: siedzisz sobie
w niedzielę w domu, jesz obiad i oglądasz telewizję. Tam widzisz głodujące dzieci, czy to w Indiach, czy w Afryce. Tobie się wydaje, że rozumiesz jak te dzieci się czują, ale tak naprawdę nie masz pojęcia jak ci ludzie żyją, co to znaczy głód. Media wytwarzają pewnego rodzaju iluzję pokazując taka sytuację, natomiast fotoreporter uczestnicząc w wydarzeniach doświadcza wszystkiego jako pierwszy. Jest pierwszą osoba w tym łańcuszku przetwarzania informacji. On czuje to ciepło, czasem smród, przeżywa z ludźmi tę sytuację i moralnie zobowiązuje się do przekazania prawdy o nich. Robi jakiś materiał  i przekazuje go do redakcji, co się później z nim stanie, to już nie jest jego decyzja. Dopiero później redakcja dokonuje kształtowania opinii publicznej. Fotoreporter jest tylko od fotografowania.

 

KM: Fotografia prasowa postrzegana jest jako wiernie dokumentująca rzeczywistość, jak wygląda prawda w fotografii prasowej?

JW: Trudno mówić o prawdzie, bo fotografia jest projekcja wyobraźni konkretnego człowieka. Każdy fotoreporter wysłany na to samo zdarzenie przyniesie inne zdjęcia, jeden zwróci uwagę na to, inny na tamto – wszystko zależy od ich doświadczeń, wiedzy, umiejętności i etyki. Fotografia nie jest dokumentem, jest subiektywnym dokumentowaniem.

 

KM: Fotoreporter ma za zadanie zrobić najciekawszy materiał ilustrujący jakieś wydarzenie, czy w pogoni za mocnymi ujęciami są jednak jakieś granice? Jak w Pana oczach wygląda etyka dziennikarska fotoreportera?

JW: Właśnie fotografia jest sztuką wyboru. Wybór wiąże się z etyką, a etyka z wartościami, które się wyznaje. Sam problem granic jest bardzo złożony. Oczywiście że są fotoreporterzy, którzy robią zdjęcia wyłącznie dla zysku, czyli jacyś paparazzi. Ale z drugiej strony są tacy, którzy fotografują z ideowych pobudek, według nich fotografowanie jest czynieniem dobra, że trzeba informować, że trzeba ludziom pokazywać co się wydarzyło. Tak czy siak nie można o wszystko obwiniać fotoreportera, bo o tym co ma się ukazać i tak decydują „bossowie” pod krawatami, dlatego należało by rozmawiać o ich etycemediów , a nie o etyce fotografów.

 

KM: Na co dzień pracuje Pan jako kierownik działu fotograficznego w Gościu Niedzielnym, proszę powiedzieć jakie cechy powinna mieć fotografia, która ma trafić na łamy prasy?

JW: Tu trzeba sobie zadać pytanie, czym jest fotografia prasowa? Otóż fotografia prasowa to taka fotografia, która jest potrzebna do zilustrowania jakiegoś tekstu. A ponieważ w gazetach są teksty o wszystkim, to są potrzebne zdjęcia na różne tematy. Nie ma ściśle fotografii prasowej, każda fotografia może trafić do prasy, jeśli jest potrzebna do zilustrowania jakiegoś artykułu. Oczywiście przez pryzmat fotografii prasowej zazwyczaj postrzega się fotografię z życia, mówiącą o ludziach, czy reportaż – ale dzisiaj już klasycznego reportażu raczej się nie robi. W tej chwili wszystko to przejęła telewizja. Natomiast fotoreporterzy skłaniają się ku czemuś bardziej wnikliwemu, do pokazywania czegoś bardziej osobistego, duchowego. Fotoreporterzy teraz bardziej opowiadają o człowieku.

 

KM: Na koniec proszę ocenić przyszłość fotografii prasowej.

JW: Jeśli prasa pójdzie w kierunku tabloidów, to ludziom wystarczą kiepskie zdjęcia, byleby tylko pokazywały sensację. Fotografowie z prawdziwego zdarzenia pójdą w obszary elitarne, w których pokazuje się rzeczywistość w sposób uczciwy i szczery. Cała reszta będzie stanowiła medialny bełkot.

 

KM: Dziękuję za rozmowę.

JW: Ja również dziękuję.

 

Poniżej, dzięki uprzejmości rozmówcy, prezentujemy zdjęcia z Haiti.

 

 

Autor: Kamil Myszkowski

Zdjęcia: Janusz Różański, Józef Wolny

Udostępnij.

O autorze

1 komentarz

Skomentuj artykuł