„Fotografować pracę, a nie białe kołnierzyki” – wywiad z Arkadiuszem Golą - NaMasce

„Fotografować pracę, a nie białe kołnierzyki” – wywiad z Arkadiuszem Golą

2

Dokumentuje zmiany na Górnym Śląsku, na co dzień pracując jako fotoreporter Dziennika Zachodniego. Jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików, jego prace poza prasą prezentowane są na licznych wystawach krajowych i zagranicznych. Co o fotografii prasowej mówi Arkadiusz Gola? Jakie tematy najbardziej go fascynują? To i więcej zdradza w wywiadzie.

 

Kamil Myszkowski: Jak zaczęła się Pana przygoda z fotografią?

 

Arkadiusz Gola: W siódmej klasie szkoły podstawowej poszliśmy z kolegą do jego wujka, który był stróżem w klubie przy kopalni Nowy Wirek w Kochłowicach – dzielnicy Rudy Śląskiej. Tam były organizowane różne kółka zainteresowań, między innymi klub radio-telegrafistów, modelarze i klub fotograficzny. Poznaliśmy u niego prowadzącego zajęcia fotograficzne, górnika Franciszka Poliwodę, który zapytał czy nie chcielibyśmy zobaczyć jak wywołuje się zdjęcia w ciemni. Z ciekawości poszliśmy z nim i wtedy po raz pierwszy zobaczyłem jak pod powiększalnikiem naświetla się papier fotograficzny, wrzuca do kuwety z wywoływaczem i wychodzi zdjęcie. To było pierwsze spotkanie z magią powstawania obrazu. Bardzo mi się to spodobało. Kiedy wróciłem do domu od razu zapytałem ojca, czy może pożyczyć mi swój aparat. Klub był finansowany przez kopalnię, uczestnicy spotkań mieli dostęp do klisz, papierów i chemikaliów, więc dla nas, chłopców, którzy nie mieli na to pieniędzy to było coś wspaniałego. Pierwsze moje zdjęcie zrobiłem starym aparatem Pionier, bratu jak lepił bałwana. Później samemu wywołałem film, zrobiłem odbitkę. To było ogromne przeżycie, pamiętam to do dzisiaj! Oszalałem na punkcie fotografii – fotografowałem całą rodzinę, wszystkie uroczystości, robiłem mnóstwo zdjęć. Później rozdawałem je rodzinie, więc teraz wszyscy mają całe szuflady moich fotografii z tamtego okresu.

 

KM: Kiedy ukierunkował się Pan na fotografię prasową?

 

AG:Później po podstawówce trzeba było wybrać zawód, początkowo deklarowałem, że będę górnikiem, ale gdy rodzicie zapytali co mi się podoba, to oczywiście mówiłem, że robienie zdjęć. Jedyna szkoła średnia ukierunkowana na fotografię była w Piotrowicach, ale nabór odbywał się co dwa lata i akurat nie trafił na mój rocznik. W związku z tym poszedłem do Zasadniczej Szkoły Zawodowej i dostałem się na praktyki do Fotograficznej Spółdzielni Pracy Fotoplan w Katowicach. Moim szefem był tam pan Mirosław Noworyta – oprócz tego, że był zawodowym fotografem który utrzymywał się z tego zawodu, to miał ogromną pasję fotografii, w szczególności zajmował się fotografią reporterską i co najważniejsze wspaniale potrafił się tym dzielić. Jego talent mądrość pedagogiczna pozwoliła mi się rozwinąć. Pod jego kierownictwem robiliśmy reportaże z życia osiedla i pokazywaliśmy je w witrynie zakładu. Później jeszcze pracowałem w zakładzie fotograficznym w Zabrzu ale po ukończeniu szkoły zrezygnowałem. Wtedy pomyślałem sobie, że przecież zdjęć potrzebują również w gazecie. Przy jakiejś wizycie w Katowicach mijałem akurat redakcję Kuriera Zachodniego więc postanowiłem zapytać czy nie potrzebują kogoś do robienia zdjęć. Naczelny powiedział, że na razie nie mają żadnego etatu, ale mi etat nie był potrzebny, ja po prostu chciałem robić zdjęcia. On prosił żebym przywiózł fotografie, z którymi stawiłem się następnego dnia. Zdjęcia się spodobały i umówiliśmy się że ja kupowałem wszystkie potrzebne materiały na rachunek gazety, a oni płacili mi wierszówkę, czyli za opublikowane zdjęcie dostawałem pieniądze. Po dwóch miesiącach dowiedziałem się w redakcji że w Głosie Zabrza i Rudy Śląskiej fotograf przechodzi na emeryturę i będą szukać kogoś na jego miejsce. Pojechałem, porozmawiałem z redaktorem naczelnym i przyjęli mnie, najpierw na ryczałt, później na pół etatu. Pracowałem u nich 10 lat. W 1996 roku wziąłem udział w zbiorowej wystawie fotografii prasowej w Muzeum Śląskim. Pokazałem tam między innymi zdjęcia z prosektorium. Wystawę zobaczył ówczesny zastępca redaktora naczelnego Dziennika Zachodniego Marek Chyliński po zobaczeniu moich zdjęć zaproponował mi pracę. Nie wiedziałem czy mi się tam spodoba, inna gazeta inni ludzie, w Głosie była rodzinna atmosfera. Zgodziłem się spróbować ale na pół etatu, jednocześnie pracując nadal w Głosie Zabrza. W 2002 przeszedłem na cały etat w Dzienniku.

 

KM: Czy ktoś miał wpływ na Pana sposób fotografowania?

 

AG: Jasne, wielu ludzi miało na mnie wpływ. Na pewno miał na mnie wpływ ten górnik-fotograf – Franciszek Poliwoda. To był pierwszy człowiek, który wyciągnął do mnie rękę i pokazał jak to się wszystko robi. Zaszczepił we mnie pasję do fotografii i gdyby nie on to pewnie zostałbym górnikiem jak mój ojciec, brat, szwagier. Później tak jak już wspomniałem Mirosław Noworyta, który pokazał mi fotografię reporterską. Oczywiście inspirowali mnie też fotografowie, których zdjęcia gdzieś oglądałem. Ale gdy znalazłem się w Opavie, moim mistrzem stał się JindřichŠtreit, ma fantastyczne podejście do ludzi i fotografii. Lubię jego filozofię fotografowania, świadomość. To właśnie on teraz mnie inspiruje.

 

KM: Jest Pan absolwentem ITF w Opavie, czy ważne w pracy fotoreportera jest wykształcenie fotograficzne?

 

AG: W pracy fotoreportera nie. Trzeba sobie zadać pytanie czego oczekuje gazeta. Czy gazeta oczekuje że my mamy wiedzę z historii sztuki, z historii fotografii, czy znamy fotografię światową? Moim zdaniem gazeta tego nie oczekuje. Gazeta potrzebuje dzisiaj sprawnego rzemieślnika. To znaczy fotografa, który jest cały czas pod komórką, ma możliwość szybko wsiąść w samochód i dojechać w dowolne miejsce w regionie i maksymalnie wykorzystać czas oraz sytuację aby zrobić dużo dobrych zdjęć. Do tego artysta nie jest potrzebny, tylko rzemieślnik obsługujący aparat fotograficzny.

 

KM: Czy w takim razie fotografię prasową można postrzegać jako sztukę, czy wyłącznie rzemiosło?

 

AG: Można postrzegać jako sztukę, dlatego, żekażdy z nas ma ambicje większe niż rzemiosło. Ambicje objawiają się tym, że na przykład ja skończyłem studia w Opavie, że kolega z redakcji Arek Ławrywianiec miał potrzebę wstąpić do ZPAF-u. Ale tak naprawdę gazeta tego nie potrzebuje, to są nasze ambicje, my sami chcemy się rozwijać. Te większe ambicje sprawiają, że czasem do gazety robimy zdjęcia, które wykraczają poza jakieś ramy rzemieślniczej fotografii prasowej. Cieszymy się z tego, publikujemy te zdjęcia i to sprawia że idziemy do przodu.

 

KM: Dokumentuje Pan Śląsk, jego przemiany, ludzi, dlaczego?

 

AG: Mam taka potrzebę i cieszy mnie fotografowanie Śląska. Oglądając różne gatunki fotograficzne zawsze najbardziej lubię dokument, najbardziej w fotografię dokumentalną wierzę. Wielu ludzi mi zarzuca, że epatuję jakąś bieda czy patologią, ale tak naprawdę, to patologii staram się nie fotografować. Interesują mnie obrzeża miast, dzielnice robotnicze, a nie centra. Ze względu na to że powstawały one przy zakładach przemysłowych, które powoli są zamykane, to siłą rzeczy stają się czasami enklawami biedy. Interesuje mnie to jak sobie radzi człowiek poindustrialny, a filozofem być nie trzeba żeby zgadnąć że lekko mu nie jest. Od zawsze interesowała mnie fotografia industrialna, górnicza. Uwielbiam fotografować fizyczną pracę, a nie białe kołnierzyki. Przemysł się zmienia, zmiany są bolesne, dlatego moje zdjęcia czasami są drastyczne, ale prawdziwe.

 

KM: Czy Pana fotografia jest oddaniem hołdu dla tych ludzi?

 

AG: Hołd to jest za duże słowo, tak tego nie postrzegam. Ja po prostu chcę ich zatrzymać w kadrze, żeby ten Śląsk troszkę unieśmiertelnić. Wiele ludzi mówi, że to jest utrwalanie stereotypu, dobrze niech tak mówią, ale mi po prostu jest bliżej do tej przestrzeni hałd, dzielnic robotniczych, do życia ludzi, którzy często żyją od wypłaty do wypłaty, czy od zasiłku do zasiłku. Nie mają samochodu, pieniędzy żeby wyjechać na wakacje, siedzą w ogródkach przy familokach, ale nie jest to patologia i utwierdzanie stereotypu. Dla mnie to nie jest stereotyp.

 

KM: Jaki wpływ na Pana cykle o Śląsku ma praca w gazecie, czy docelowo kierowane są one właśnie do prasy? Może z pracy fotoreportera wynikają?

 

AG: Dziennik Zachodni to jest najlepsze miejsce, w którym mogłem się znaleźć, dlatego że jest on gazetą o zasięgu regionalnym a mnie właśnie region interesuje. Praca fotoreportera jest siłą rzeczy pracą w terenie i łączę ją z moimi socjologicznymi zainteresowaniami. Robiąc materiał dla gazety ocieram się o wiele interesujących sytuacji i dokumentuję je.

 

KM: W pracy fotoreportera wydarzyła się jakaś sytuacja, która najmocniej zapadła Panu w pamięć?

 

AG: Wiele było takich sytuacji. Na przykład fotografowanie powodzi w 1997, gdzie przez dwa tygodnie do domu przyjeżdżałem tylko na parę godzin. Jeździliśmy od Kłodzka po Racibórz fotografując tę potężną klęskę. To zapadło w pamięć. Na pewno też odchodzenie i pogrzeb papieża. Jego śmierć fotografowałem w Wadowicach i w Krakowie, na pogrzeb pojechałem do Rzymu. To z takich większych rzeczy, ale mnie najbardziej cieszy codzienna, czasami mogłoby się wydawać zwykła i mało ambitna, fotografia polegająca na chodzeniu z miejsca w miejsce właśnie w przestrzeni Śląska. Mnie to po prostu cieszy.

 

KM: Czy fotografując chce Pan wpłynąć na kogoś, zmienić czyjeś myślenie? Czy nie przykłada się wagi do takich rzeczy?

 

AG: W ogóle mnie nie interesuje, czy ktoś zmieni swoje myślenie patrząc na moje zdjęcia. To nie jest fotografia wojenna, która ma wpłynąć na kogoś aby wojnę zatrzymać. Moja fotografia jest fotografią socjologiczną, która być może na kogoś wpłynie, ale kompletnie nie mam takiego zamierzenia. Ja zwyczajnie chcę pokazać życie ludzi, tu i teraz. Normalne życie. Dlatego też ten projekt „Druga strona cegły”, w którym fotografuję wnętrza mieszkań w dzielnicach robotniczych. Wchodzę do wszystkich mieszkań, do których mnie wpuszczą – czasami są one w fatalnym stanie, czasami nie – i szerokokątnym obiektywem chcę sfotografować człowieka, który tam mieszka. Zainspirowała mnie do tego naturalnie Zofia Rydet, która wykonała tak potężny materiał jakim jest „Zapis socjologiczny”.

 

KM: Fotografia prasowa powinna się cechować realizmem, dokumentalizmem, jednak każdy fotograf inaczej widzi rzeczywistość i inaczej ją fotografuje, czy można w takim przypadku mówić o prawdzie w fotografii prasowej? Czy o fotografii prasowej powinno się mówić w kontekście prawdy?

 

AG: Fotografia prasowa powinna być kojarzona z prawdą. Nie powinno być kreacji w fotografii prasowej. Jeżeli ta kreacja jest, to powinno być to tak zrobione, że od razu ją widać. Nie powinno się oszukiwać czytelnika. Fotografia prasowa powinna być prawdziwa, a nie kreowana. Trzeba sobie uświadomić, że prawdą w fotografii prasowej dla każdego jest co innego. Dla mnie to jest właśnie brak kreacji. Każdy jest oczywiście innym fotografem i na co innego zwraca uwagę. Nawet będąc w jednym miejscu, fotografując to samo zdarzenie, dwóch czy trzech fotoreporterów sfotografuje je inaczej. Zwróci uwagę na coś innego, albo postrzega coś inaczej – nawet jak stoją obok siebie. Więc nie można mówić że zdjęcie fotografa A, B, czy C jest nieprawdziwe bo kolega zrobił je inaczej. Każdy zrobił zdjęcie prawdziwie, ale po swojemu. Dlatego fotografia prasowa, jeśli nie jest kreacją, to jest prawdziwa, tylko ma w sobie sposób patrzenia i decyzje naciśnięcia spustu migawki konkretnego człowieka. Ja nie pokarzę tak jak kamera całego wydarzenia. Ja muszę się zamknąć w kadrze, dokonać selekcji. Na przykład rozglądam się, widzę coś z lewej strony i uważam, że właśnie najlepiej będzie opowiedzieć o danym wydarzeniu dokumentując sytuację, która się dzieje po lewej stronie. To jest moja decyzja, ale nie oznacza to, że ja kreuję rzeczywistość. Rzeczywistość się dzieje, ja wybieram moment i sytuację, którą fotografuję. Czytelnicy później widzą wydarzenie oczami fotografa. Fotograf ma prawo wybrać co fotografuje i nie jest to przekłamanie ani zagięcie rzeczywistości jak nam niektórzy zarzucają. To że czasem zdjęciem chcemy ośmieszyć jakąś sytuację albo pokazać ją ironicznie lub inaczej zinterpretować – to jest nasz przywilej, my fotografią możemy skomentować rzeczywistość. Dziennikarz może napisać jak coś postrzega, może napisać w tekście komentarz, a jak my pokarzemy swój komentarz w zdjęciu to są zarzuty, że manipulujemy sytuacją. A nie jest to manipulacja, tylko świadome komentowanie.

 

KM: Pana zdaniem w fotografii prasowej są jakieś granice, etyka dziennikarska? Czy może zdjęcie za wszelką cenę?

 

AG: Jakby nie było granic to by była anarchia. Chociaż są osoby, które w tej anarchii fotografują, na przykład praca dla Faktu jest taką anarchią. Żeby robić zdjęcia dla tabloidu nie trzeba być dobrym fotografem, wystarczy być świnią. Tego typu fatalne podejście sprawia czasami, że ludzie nie pytają dla jakiej gazety ja robię zdjęcia, bo mając styczność z tabloidami postrzegają wszystkich fotoreporterów jako hieny. Ja fotografuję dla prasy od 1991 roku, w tamtym czasie fotoreporter to był ktoś w społeczeństwie. Jak się przychodziło to dla ludzi było święto, bo pan z gazety przyszedł zrobić zdjęcie. Natomiast teraz ta sytuacja zmieniła się diametralnie. W wielu miejscach jesteśmy postrzegani negatywnie. Jeśli chodzi o sama etykę, to ja nie wiem czy można mówić o etyce w fotografii, czy bardziej o etyce fotografa. Każdy z nas ma jakiś kręgosłup moralny. Oczywiście głównym założeniem powinno być to, że nie można za pomocą zdjęć robić krzywdy ludziom. I tu nie chodzi nawet o fotografowanie, ale o publikację. Jeśli chodzi o życie ludzkie, o tragedię, to każdy z nas powinien mieć na uwadze dobro drugiego człowieka. Na przykład jak dochodzi do jakiejś katastrofy górniczej, to my mamy taki problem. Przed kopalnie przyjeżdżają żony, matki górników którzy nie wyjechali na powierzchnię, i czekają przed bramą. Trwa to czasami godzinę, czasami dłużej zanim wpuszczą ich do środka. Taka sytuacja była między innymi z kopalnią Halemba, kiedy był wybuch i ofiary. W nocy przed kopalnia czekały rodziny. Ludzie strasznie rozpaczali. I dla fotografa jest wtedy dylemat, jestem w takim miejscu gdzie zginęło ponad 20 osób, ale nie jakichś anonimowych, tylko na przykład mąż kobiety, która stoi koło mnie. Nie wypada fotografować chwili, w której ona się o śmierci dowiaduje, ale z drugiej strony, jak poinformować ludzi w regionie o ogromie tragedii? Fotografujemy wtedy nie dlatego, że jesteśmy hienami, ale dlatego, że staramy się zrobić zdjęcia, które najgłębiej oddadzą ogrom tragedii. Później inną sytuacja jest publikacja tego. Zawsze jest czas żeby ochłonąć, wybrać najmniej krzywdzące zdjęcie, które jednocześnie pokarze tragedię. Ja mam mnóstwo takich zdjęć, których nigdy nie pokazałem, bo zawsze się stawiam w roli osoby na nim.

 

KM: Jest takie zdjęcie, którego Pan kiedyś żałował?

 

AG: Miałem obiekcje, czy żałowałem to nie wiem, ale miałem obiekcje. Fotografowałem kobietę, którą wyprowadzał z kopalni teść po tym jak dowiedziała się że zginął mąż. To zdjęcie poszło na pierwszej stronie Dziennika. Sam jestem z rodziny górniczej, znam to środowisko. Patrzyłem na to zdjęcie i nie byłem do końca przekonany, czy powinno iść do gazety. Ale ten temat był cały czas podejmowany przez media, mówiło się o tym przez wiele tygodni i później rodziny zmarłych górników otrzymały faktycznie realną pomoc i psychologiczną i finansową. Więc po czasie myślę, że jeżeli jakoś mogłem się publikacją zdjęć do tego przyczynić, to dobrze że je opublikowałem. Na coś się to przydało. Wracając do wcześniejszego pytania, czy chcę na kogoś wpłynąć swoimi zdjęciami – jeżeli tak, to nie tą socjologiczną, ale właśnie tego typu fotografią do prasy. Kiedy fotografuję czyjeś tragedie, to właśnie tak, żeby wpłynąć na kogoś, kto weźmie gazetę do ręki.

 

KM: Proszę się zastanowić, jak widzi Pan przyszłość fotografii prasowej?

 

AG: Zawód fotoreportera na pewno będzie. Tylko jak jego praca będzie wyglądać? Dziś praktycznie każdy robi zdjęcia i publikując je na jakimś portalu, czy stronie może być fotoreporterem. W naszej redakcji wszyscy dziennikarze mają aparaty fotograficzne idąc zrobić jakiś materiał, więc jeśli sobie z tym poradzą, to sami robią zdjęcia. Mówiąc szczerze, radzą sobie z coraz większa ilością tematów. I co teraz? Zawody dziennikarza i fotoreportera będą coraz bardziej niszowe. Na pewno ludzie będą chcieli oglądać dobre zdjęcia, więc dobra fotografia się obroni. Natomiast średnia, czy gorsza zginie w tłumie wszechobecnych średnich fotografii. Zdjęcie w gazecie żyje jeden dzień. Dziennik Zachodni ma nakładu około 70 tysięcy, jeśli uznamy, że jedną gazetę zobaczą dwie osoby, to dziennie moją fotografię widzi 140 tysięcy osób – takiej widowni nie mają galerie, więc dla mnie to jest dobre. No ale to zdjęcie nadal żyje tylko jeden dzień. Dlatego trzeba dbać, by do dobrego zdjęcia opublikowanego w prasie można było wrócić – albo przez wystawę, albo przez jakieś wydawnictwo – żeby ono po jednym dniu nie umierało.

 

KM: Dziękuję za rozmowę.

 

AG: Proszę bardzo.

 

Autor: Kamil Myszkowski

Zdjęcia: Arkadiusz Gola

Udostępnij.

O autorze

Rafał Łakus

2 komentarze

  1. Bardzo ciekawa rozmowa, chętnie byśmy ją zacytowali w naszej informacji o wystawie Arka, tylko proszę o poprawienie dwa razy tego samego błędu pisowni 😉

Skomentuj artykuł